Recenzja filmu "Witaj w klubie"

Autor: Pityez

Witaj w klubie to najnowsze dzieło twórcy Café de flore. Na długo przed polską premierą dowiadywaliśmy się o jego kolejnych nagrodach i nominacjach, a więc również nasze apetyty rosły. I słusznie! Film Witaj w klubie spełnił wszystkie pokładane w nim oczekiwania, wśród krytyków zdobywając tytuł najlepszego obrazu ostatnich miesięcy i wchodząc do historii kinematografii. Jean-Marc Vallee może być dumny, recenzenci zadowoleni, a widzowie - no cóż... Do tej produkcji pewnie wrócą nie raz.

Witaj w klubie jest obrazem opartym na prawdziwej historii Rona Woodroofa (Matthew McConaughey), heteroseksualisty, miłośnika rodeo i elektryka, który pewnego dnia dowiaduje się, że ma HIV, choruje na AIDS i zostało mu 30 dni życia. Najpierw nie może uwierzyć, że zapadł na „chorobę pedałów”, nie chce zmieniać swojego stylu życia i opuszczają go przyjaciele. Potem jednak nie akceptuje wyroku, i postanawia walczyć o przetrwanie. Z braku innych możliwości, zdobywa leki za granicą, i przemycając je do Stanów. Gdy kuracja okazuje się skuteczna, postanawia na niej zarobić i pomóc innym chorym. Razem z poznaną w szpitalu transseksualną Rayon (Jared Leto) otwiera klub i gromadzi wokół siebie dziesiątki seropozytywnych. Oczywiście na to nie chcą zgodzić się ani władze, ani chciwe firmy farmaceutyczne.

Sama fabuła pod pewnymi względami może wydawać się dosyć typowa (choroba ukazuje prawdziwy charakter człowieka, przyjaciół poznajemy w biedzie), ale w ostatecznym rozrachunku jest całkiem autentyczna. Owszem, można spierać się o to, czy prawdziwy Ron Woodroof był takim homofobem, na jakiego go wykreowano, ale oceniamy tylko to, co zobaczyliśmy na ekranie, a efekt jest bardziej niż zadowalający. Film Witaj w klubie skłania do przemyśleń, wzrusza i rozśmiesza. Dynamiczna akcja, inteligentne dialogi oraz wspaniałe kreacje aktorskie sprawiają, że po rozpoczęciu seansu zdecydowanie nie da się oderwać od ekranu.

Tym, co najbardziej zapada w pamięć, jest główny bohater. Matthew McConaughey do roli Rona Woodroofa schudł ponad 20 kilogramów, ale nie to jest jego największym dokonaniem. W Witaj w klubie McConaughey jest w najlepszej życiowej formie - jeszcze nigdy tak nie zagrał i prawdopodobnie już nigdy nie stworzy tak spektakularnej kreacji. Jego Woodroof ma ogień w oczach, jest niesamowicie charyzmatyczny i wiarygodny. Jego ból jest prawdziwym bólem, widać go w każdym centymetrze ciała, ale tak samo jest z nadzieją, smutkiem, radością czy zwątpieniem. Matthew McConaughey zasłużył nie tylko na Oscara, ale na każdą istniejącą w filmowym świecie nagrodę.

Witaj w klubie nie jest jednak popisem tylko jednego aktora. Jared Leto dotrzymuje swojemu ekranowemu partnerowi kroku. Jako transeksualista okazuje się szokująco przekonujący. Dla stworzenia Rayon nie tylko schudł i zgolił brwi - wcielił się w swoją rolę całkowicie, bez oporów czy przekombinowania. Ostatecznie postać Rayon jest dramatyczna, ale wielowymiarowa, prawdziwa i wcale nie karykaturalna. Widać, że Leto przemyślał scenariusz, a swój występ dopracował w najdrobniejszym szczególe. Warto zauważyć, że obaj aktorzy - Leto i McConaughey - nie przedstawiają swoich bohaterów jako ciężko chorych, tylko jako osoby walczące o życie i cieszące się każdym dniem. Przy tych wielkich kreacjach drugoplanowa Jennifer Garner wydaje się bezbarwnym tłem.

Witaj w klubie wizualnie okazuje się dosyć stonowany oraz naturalistyczny - jest zarówno szorstki, jak i wyszlifowany. Co prawda przedstawia historię opartą na faktach, ale unika niezdarności filmu dokumentalnego. Jean-Marc Vallee zwraca uwagę na detale, każde słowo bohaterów ma jakieś znaczenie, jednak z drugiej strony pewne kwestie okazują się dopracowane aż za bardzo (po diagnozie, aby nikogo nie zarazić, Woodroof rezygnuje z seksu - czy rzeczywiście w otoczeniu alkoholu i narkotycznych imprez taka abstynencja jest możliwa?). Lata 80-te są latami 80-tymi, a nie ich kolorową wersją. Przeszłość jest przeszłością, ale wcale nią nie musi być. Widz żyje rzeczywistością bohaterów i nawet gdyby akcja filmu miała miejsce w XXII wieku, historia nie straciłaby na sile.

Witaj w klubie jest filmem, któremu trudno cokolwiek zarzucić. Ma dopracowany scenariusz, bohaterów, zdjęcia - wszystko składa się na efekt, o jakim wielu twórców mogłoby tylko pomarzyć. Jeśli ktokolwiek wyjdzie z seansu niezadowolony, to chyba wyłącznie dlatego, że jego sąsiad reagował zbyt emocjonalnie. Oczywiście, Jean-Marc Vallee nie stworzył obrazu typowo rozrywkowego - łatwego i optymistycznego, ale jego dzieło jest warte poświęconych mu myśli i czasu. Ostatecznie przesłanie jest przecież dosyć pozytywne, a zresztą dla dobrego kina warto czasami nawet popsuć sobie humor. Witaj w klubie to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów ostatnich miesięcy - bije na głowę i American Hustle, i Zniewolonego, i Wilka z Wall Street. Kto nie widział - 14 marca do kina biegiem!


blog comments powered by Disqus