Samo życie – recenzja filmu "Idol"

Autor: Korni

Czy wielkie nazwiska mają jeszcze moc przyciągania widzów do kina? Najwidoczniej tak, o czym świadczy frekwencja na seansie Idola. Al Pacino, zdobywca Oscara za rolę w Zapachu kobiety, podobnie jak jego filmowy bohater, ma już swoje lata. Doświadczenie życiowe, które znajduje odbicie w pokrytej zmarszczkami twarzy, nadaje jego kreacji prawdziwości, a dość przewidywalna historia zapada w pamięć.

Powtórki stają się nowym trendem współczesnej kinematografii. Sięgamy po sprawdzone tematy (np. Ghostbusters), odświeżamy topowych bohaterów (Spider-man) lub bazujemy na legendach kina (Terminator: Geneza czy spin-off Rocky’ego, film Creed). Kupujemy bilety na wystrzałowe produkcje, utopione w wysokim budżecie. Al Pacino nie próbuje odświeżać swojego wizerunku, wydaje się cenić swój wiek, wybierając role, które naprawdę może „poczuć”. Dzięki temugłęboki realizm bije prosto z ekranu. Idol wyróżnia się na tle reszty kinowego repertuaru. Nie tylko brakiem efektów specjalnych, ale i prostotą fabuły.

Podstarzała gwiazda rocka Danny Collins (Al Pacino) próbuje zmienić swoje życie. Motorem do tych działań staje się odnaleziony po latach list od Johna Lennona. Danny rusza więc w drogę, aby odnaleźć swojego syna i naprawić dawno zaprzepaszczoną relację. Mimo że podróż Danny’ego jest do bólu przewidywalna, odbywamy ją przyjemnie, choć niekoniecznie lekko. Jak na prawdziwą gwiazdę rocka przystało, Danny nie stroni od używek i młodych kobiet. To daje nam dość komiczny obraz podstarzałego artysty estradowego, jakim Danny stał się po latach kariery. Pacino nadaje bohaterowi specyficzną manierę, co od razu przywodzi na myśl Michaela Douglasa w Wielkim Liberace. Ze swoimi specyficznymi ruchami i jednym (jedynym) wielkim hitem Collins przypomina również Alexa Fletchera (Hugh Grant w Prosto w serce). Danny jest postacią znajdującą się gdzieś pomiędzy Liberacem a Alexem. Kiedy jednak schodzi ze sceny i gasną sztuczne światła, za kulisami odnajdujemy portret człowieka zmęczonego, bliskiego samobójstwa.

Idol to produkcja naszpikowana pozytywnymi bohaterami. Nie da się nie lubić menedżerki hotelu (wspaniała metamorfoza Anette Bening), synowej Danny’ego (Jennifer Garner), czy jego najlepszego przyjaciela (Christopher Plummer). Całości dopełnia słodka wnuczka głównego bohatera – Hope (tak, jej imię ma symboliczne znaczenie). Przy tych przeciętnych, miłych postaciach rolę Ala Pacino zaczynamy postrzegać przez ich pryzmat. Danny przestaje być dla nas gwiazdą, a kolejnym zagubionym człowiekiem. Jego banknoty bledną i gdy cichną brawa nie ma nic więcej do zaoferowania.

Droga Danny’ego do odnalezienia na nowo sensu życia i naprawy wcześniejszych błędów jest dość schematyczna. Jak w podobnych produkcjach, mamy chwilowe załamanie bohatera, powrót na złą ścieżkę, ponowne rozgrzeszenie. W Idolu brak jednak typowego happy endu. Przy napisach końcowych wiemy, że droga Danny’ego jeszcze się nie skończyła i nadal nie będzie lekko. Tyle, że jest więcej nadziei i optymizmu, i z tym przesłaniem wyjdziemy z kina.


blog comments powered by Disqus