Walka o byt – recenzja filmu "Ewolucja planety małp"

Ewolucja planety małp to zrealizowany z rozmachem blockbuster, któremu towarzyszy inteligentne przesłanie. Sequel Genezy planety małp trzyma poziom swojego zaskakująco udanego poprzednika. Jednocześnie jest to prawdopodobnie jeden z najlepszych wysokobudżetowych filmów, które producenci z Hollywood przygotowali na tegoroczny sezon letni.

Sekwencja rozpoczynająca film jest zmodyfikowaną wersją zakończenia poprzedniej części. Za pomocą animowanej mapy obrazuje rozprzestrzenianie się na świecie wirusa odpowiedzialnego za intelektualny rozwój małp, a jednocześnie zabójczego dla ludzi. W ciągu 10 lat choroba nazwana „szympansią grypą” zdziesiątkowała ludzkość, doprowadzając jej cywilizację na skraj upadku. Tymczasem w lesie na przedmieściach San Francisco grupa inteligentnych małp założyła osadę, w której prowadzi spokojne życie na uboczu. Status quo zostaje zakłócone, gdy grupa ludzi przybywa z kolonii ocalałych z misją uruchomienia elektrowni wodnej znajdującej się na terytorium małpiego azylu.

Przesłanie Ewolucji planety małp nie jest skomplikowane. Twórcy powracają do zadanego w filmie z 2011 roku pytania o granicę pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem. Oprócz tego kontynuacja Genezy… dotyka takich problemów, jak dążenie do porozumienia pomimo sprzecznych interesów oraz wzajemnej nienawiści czy (nie)możliwość logicznego uzasadnienia prowadzenia wojny. Choć tematy te poruszane były już wielokrotnie przy wykorzystaniu różnych gatunków filmowych, nadal pozostają aktualne i na tyle nośne, by oprzeć na nich interesującą fabułę.

Duże brawa należą się scenarzystom. Rick Jaffa, Amanda Silver i Mark Bomback odwalili kawał dobrej roboty, konstruując ze znanych motywów wciągającą historię. W Ewolucji planety małp sztampowych elementów jest całkiem sporo: konflikt pomiędzy dwoma grupami – zwolennicy pertraktacji oraz zbrojnej konfrontacji po każdej ze stron, próby zyskania wzajemnego zaufania i jego utrata, a w końcu wojna będąca następstwem kłamstwa. Twórcy Avatara doskonale pokazali, jak łatwo popaść w banał, podążając za ogranymi kliszami. Na szczęście fabuła Ewolucji…, mimo iż w dużej mierze oparta na schematach, poprowadzona jest na tyle sprawnie, że przykuwa uwagę do samego końca. Nawet w momentach skrajnie przewidywalnych, film Matta Reevesa ogląda się bardzo dobrze. Duża w tym zasługa tytułowych bohaterów obrazu – małp.

Stosunki społeczne, jakie wykształciły się w osadzie ochrzczonej „małpim domem” od czasu ucieczki Caesara i jego człekokształtnych towarzyszy z San Francisco, zostały przedstawione w obrazowy i intrygujący sposób. Każda z pojawiających się dłużej na ekranie małp ma ciekawą osobowość i jasną funkcję w opowiadanej historii. Niezwykle przekonująco ukazany jest również sposób porozumiewania się naczelnych. Dominuje mimika i język migowy, zaś komunikacja werbalna pojawia się jedynie w chwilach, gdy górę nad bohaterami biorą emocje. Dzięki temu zabiegowi słowa, które wypowiadają człekokształtne małpy, mają zdecydowanie większą siłę oddziaływania.

Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o fenomenalnej wprost kreacji Andy’ego Serkisa, który umożliwił wykreowanie postaci Caesara oraz towarzyszącego mu na planie Toby’ego Kebbella w roli Koby. Mimika i ruchy, a także wzajemne interakcje obu bohaterów zostały zagrane tak przekonująco i autentycznie, jak to tylko możliwe. Spora w tym zasługa specjalistów z Weta Digital, którzy wykreowali niesamowicie realistyczne postaci. Tyczy się to nie tylko dwóch najważniejszych przedstawicieli małpiego stada. Praktycznie każda małpa ma wyraźnie zarysowane, indywidualne cechy, dzięki którym jej identyfikacja nie sprawia żadnego problemu. Całokształt dopełnia choreografia i sposób fotografowania postaci. Małpy, przeskakujące po gałęziach, pędzące ulicami miasta czy walczące ze sobą, wyglądają naprawdę widowiskowo. Jedną ze scen robiących największe wrażenie jest finałowa potyczka konkurujących o przywództwo szympansów, która należy do najciekawszych filmowych pojedynków ostatnich lat.

Pierwszorzędnie zanimowane zostało również środowisko, w którym poruszają się bohaterowie. Zarówno zrujnowane, porzucone i zdominowane przez dziką roślinność miasto, jak i sąsiadująca z nim puszcza wyglądają bardzo autentycznie. Gorzej sprawa ma się ze zwierzyną łowną, która pojawia się na samym początku filmu. Jelenie uciekające przed małpami sprawiają wrażenie, jakby twórcom nie starczyło czasu lub budżetu na ich dopracowanie.

Chociaż małpia część filmu nie zawodzi, ludzka połowa historii stoi na zdecydowanie niższym poziomie. Hamletowskie rozgrywki pomiędzy szympansami zostały rozegrane w sposób oryginalny chociażby przez to, że zyskały nową oprawę. Fabuła dotycząca ludzi wydaje się w porównaniu z nimi mało ciekawa i wtórna. Ani prowadzący prowojenną politykę Dreyfus (Gary Oldman), ani szlachetny i dążący za wszelką cenę do porozumienia Malcolm (Jason Clarke), ani żaden inny człowiek w Ewolucji… nie są postaciami intrygującymi, w jakiś sposób skomplikowanymi czy niejednoznacznymi. W porównaniu z rozwiniętymi małpami ludzie wypadają po prostu… prymitywnie.

Ewolucja planety małp to film, na który warto się wybrać do kina z kilku powodów. Pierwszym z nich są pierwszorzędne efekty specjalne, dla których warto zobaczyć obraz na dużym ekranie. Kolejnym jest ciekawie zrealizowana fabuła oraz bohaterowie, których relacje i losy, mimo pewnej sztampowości, zostały przedstawione w sposób wciągający i inteligentny. Trzecim powodem, by obejrzeć film Reevesa jest przekonanie się, jak należy robić kontynuacje. Ewolucja… to obraz, który nie tylko usatysfakcjonuje fanów pierwszej części i zadowoli miłośników pierwowzoru z 1968 roku - to również film, który podobnie jak jego człekokształtny protagonista, potrafi obronić się sam.


blog comments powered by Disqus