Kukiełkowy teatrzyk - recenzja "Martwej ciszy"

Autor: Falleen

Siadając w zaciszu własnego mieszkania, czy też wraz z obcą gawiedzią w kinie, przepełnieni świadomością, że planujemy obejrzeć film, który jest dziełem twórców pierwszej Piły, zostajemy opętani pewną dozą niepewności, czy też aby wydane przez nas pieniądze wraz z poświęconym czasem nie osiągną miana zmarnowanych. Jednak jeśli film, o którym mowa, to Martwa Cisza, możecie być spokojni, że seans spełni wasze oczekiwania, a przynajmniej większość.

Wybranie Jamesa Wona na reżysera Martwej Ciszy było pewną zapowiedzią, że tworzone dzieło będzie przesiąknięte klimatem do granic możliwości. Bardziej wybredni widzowie mogą pokusić się o stwierdzenie, że w filmie będzie można dostrzec pomysły lub filmowe chwyty zastosowane w Pile. Jednak nic takiego nie miało miejsca, w rezultacie czego powstał solidny horror, budzący natychmiastową niechęć do kukiełek. Widz w przystępny i prosty sposób zostaje wprowadzony w fabułę, która rysuję się następująco. Jamie Ashen wraz z żoną Ella otrzymują tajemniczą przesyłkę, w której znajduje się kukła. Niezbyt wzruszony tajemniczym prezentem Jemie wyrusza w krótką podróż do pobliskiej restauracji, a wiadomo licho nigdy nie śpi, więc podczas jego chwilowej nieobecności ktoś brutalnie morduje jego żonę. Chłopak natychmiast staje się jedynym podejrzanym w całej sprawie i postanawia rozwiązać wszystko na własną rękę. Początkowy zarys fabuły może nie wróży zawrotnego seansu lecz bardziej sceptyczni widzowie będą mile zaskoczeni dalszym rozwojem wydarzeń.

Rozkręcająca się akcja to jedna z nielicznych mocnych stron dzieła Jamesa Wona. Uwagę również przykuwa klimat stworzony przez reżysera uzupełniony klasyczną muzyką. W efekcie w filmie dostrzegamy branżowe kamienie milowe takie jak obskurny motel, w którym zatrzymuje się owdowiały protagonista, czy też spowite mgłą małe miasteczko, którego mieszkańcy skrywają od dziesięcioleci pewien sekret. Wszystko to, wraz z genialnymi ujęciami oraz akompaniamentem mrocznej muzyki, tworzy wspaniały obraz i ucztę dla fanów gatunku.

Oczywiście film posiada kilka niedociągnięć, które rażąco zaniżają przyjemność z oglądania. A w szczególności dwie dają się we znaki przez większą część seansu. Pierwsza tyczy się samego reżysera, który upodobał sobie pewną sekwencję, kiedy kukiełka o słodkim imieniu Billy, groźnie oraz bez niczyjej pomocy podąża wzrokiem za przyszłą ofiarą. Scena jak najbardziej pasująca do tematyki filmu lecz wrzucanie jej w każdym możliwym momencie była przesadą niszczącą klimat w dalszej części dzieła. Drugą słabością całego filmu okazał główny aktor Ryan Kwanten, który z uporem maniaka przez cały film nie pokusił się chociażby o garstkę gry mimicznej. W wyniku tego przez cały film podziwiamy młodego protagonistę z wyrazem twarzy przypominającym widok smutnego psa.

Podsumowując, mimo kilku minusów James Won zafundował swoim fanom dobry kawałek kina grozy utrzymany w klasycznej konwencji nie raz zaskakującej nowatorskimi pomysłami.


blog comments powered by Disqus