Bo nie dali trzeciego X-mana… – recenzja filmu „Deadpool”

Trzeba powiedzieć to głośno: wszechobecność marvelowskiego uniwersum jest bardzo męcząca. Ile można oglądać te same idee i schematy jedynie podane w odrobinę innej scenerii i ubrane w trykot innego koloru? Są to historie postaci o solidnym kręgosłupie moralnym, obdarzonych niecodziennymi zdolnościami (w przypadku Tony’ego Starka – obrzydliwą fortuną), walczących w słusznej sprawie, jedynie sporadycznie ulegających widmu demonów mrocznej przeszłości. Nagle w natłoku tego górnolotnego patosu pojawia się gość, który niby jest trochę do nich podobny, choć w gruncie rzeczy ma to wszystko w głębokim poważaniu. Proszę państwa, oto Deadpool.

Życie Wade’a Wilsona (Ryan Reynolds) nie jest kolorowe. To były żołnierz służb specjalnych, obecnie najemnik od drobnych czarnych robót. W podejrzanym klubie poznaje kobietę, w której zakochuje się z wzajemnością. Wtedy spada na niego miażdżąca diagnoza: rak – złośliwy, nieoperacyjny. Gdy z propozycją uleczenia w zamian za bezgraniczną lojalność przychodzi do niego tajemniczy „agent Smith”, Wilson waha się, lecz ostatecznie przyjmuje ofertę, która bezpowrotnie odmieni jego życie. I choć zyskuje szereg nadludzkich zdolności, zmuszony jest całkowicie porzucić dotychczasową egzystencję. Od tej pory szuka już tylko zemsty.

Nowa tożsamość Wilsona – (kapitan) Deadpool – nie ma w sobie nic ze sztampowego superbohatera. Nie obchodzą go „wyższe cele”, jego rozumienie etyki jest co najmniej dwuznaczne, a bardziej niż górnolotne idee interesują go przyziemne przyjemności cielesne (i jednorożce). Jego najskuteczniejsza broń to ostry jak brzytwa język, którego – ku uciesze widzów – nie waha się używać nawet w najbardziej stresujących sytuacjach.

To właśnie mocny, niepoprawny politycznie humor stanowi największą zaletę filmu Tima Millera. Cięta szydera nie oszczędza nikogo – od zawiłej chronologii filmów o X-menach, przez dyskusyjne umiejętności rodzicielskie Liama Neesona, na samym Ryanie Reynoldsie kończąc. Katastrofalna Zielona Latarnia pojawia się zresztą gościnnie w napisach początkowych. Już sama czołówka zapowiada prześmiewczy ton seansu: „przygłup dla beki”, „boski idiota”, „przepłacone popychadło” to tylko kilka z wielu pozycji na niecodziennej liście płac.

Należy przy tym dodać, że jest to film oznaczony kategorią „R” – przeznaczony dla widzów dorosłych. Nie sposób stwierdzić, że na to nie zasłużył. Z ekranu wręcz wylewają się flaki i odcięte kończyny, nie brakuje nagich ciał, wulgarnych aluzji i śmiałych scen seksu. Całość otwiera w końcu drastyczna, krwawa potyczka. O ile nastoletnia część widowni mogła już widywać gorsze rzeczy, o tyle najmłodsi miłośnicy uniwersum Marvela powinni z seansem poczekać przynajmniej kilka lat.

Jaki jest Deadpool, każdy widzi. Szybki, błyskotliwy, niewymuszenie zabawny. Depcze świętości, przekracza tabu i nabija się z wszystkiego, zwłaszcza superbohaterskich schematów. Mimo wszechobecnej szydery między wierszami można jednak dostrzec szczerą miłość – do postaci, do konwencji, do popkultury. Ryan Reynolds nie tyle wciela się w rolę, co utożsamia się z nią. On nie gra Deadpoola, on nim po prostu jest. I to dzięki temu film ogląda się tak przyjemnie.

Korekta: Anna Ruszczak


blog comments powered by Disqus