Mój drogi pistolecie...

plakat filmu Mój drogi pistolecie...

Nieślubne dziecko von Triera i Vinterberga to ironiczny film akcji, poważny dramat, moralitet z chochlikiem. Twórcy manifestu Dogmy połączyli swoje umiejętności, swoje sposoby widzenia świata i stworzyli dzieło, które stawia trudne pytania o zasady i ich łamanie, o fascynację walką, zbrodnią, śmiercią.

W małym miasteczku na południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych ludzie żyją powtarzalnym rytmem czynności - pracują w kopalni, plotkują, nudzą się. Nudzi się również główny bohater – Dick, spokojny i grzeczny chłopak, z przekonaniami pacyfisty. Pewnego dnia odkrywa, że kupiona przez niego zabawka to prawdziwy pistolet. Tak rozpoczyna się fascynacja bronią pieszczotliwie nazwaną Wendy. Wendy jest "prawdziwym przyjacielem" Dicka, który zajmuje się nią codziennie – poleruje, głaszcze, rozmawia z nią. Poznaje Steve’a, który jak się okazuje też jest miłośnikiem broni palnej. Chłopcy zaczynają spotykać się w opuszczonej hali fabrycznej, do której ściągają też inni nastolatkowie. Ich wspólne zabawy bronią to pierwsze strzały, następnie regularne ćwiczenia w sztuce strzeleckiej, dzięki którym doprowadzają swoje umiejętności do perfekcji. Ze spotkań rodzi się rytuał – wspólny obrządek ku czci broni, przedstawienie z atrybutami w stylu Trzech Muszkieterów. Rytuał ma ich chronić przed użyciem broni przeciwko komuś, jest gwarantem pacyfistycznego nastawienia młodych ludzi. Gdy do Klubu Dandysów trafia Sebastian, czarnoskóry chłopak oddany Dickowi pod opiekę przez miejscowego szeryfa, coś zaczyna się psuć. Do bractwa trafia osoba, która już zabijała, dla której broń nie jest fetyszem a narzędziem. Od tej pory historia potoczy się szybciej… Dandysi wychodzą z ukrycia.

Moja Droga Wendy balansuje pomiędzy stylistyką filmu akcji a charakterystyczną dla Triera konwencją umowności, znaną chociażby z Dogville. Na pograniczu spotyka się mit kina amerykańskiego ośmieszony przez pacyfistyczne poglądy bohaterów i esencja tzw. kina europejskiego z jego skłonnością do psychologizmu. Film wyreżyserował Vinterberg, jednak efektu nie można oddzielić od dokonań von Triera – scenografia jest prawie umowna, widać, że nie jest to prawdziwe miasto, tylko atrapy budynków żywcem wycięte z westernów. Umowność miejsca łączy się z umownością czasu – nie można odnieść użytych atrybutów do naszych czasów, Estherslope znajduje się w międzyczasie – od lat trzydziestych po współczesność. To właśnie w tym okresie społeczeństwo amerykańskie doznało największych zmian, a jednocześnie nie zmieniło się nic w jego mentalności. Ten motyw wykorzystuje przecież autor scenariusza w swojej słynnej trylogii, która została określona jako antyamerykańska (Dogville, Manderlay). Rówież Moja Droga Wendy nie ucieka od krytyki tego narodu, jednak jej głównym tematem jest zagrożenie jakim dla człowieka jest broń. Fascynacją nią przeradza się w niebezpieczne igraszki, w których stawką jest życie, honor, wspólnota. Dla młodych ludzi pełnych ideałów podbudowanych trochę naiwną ideologią taka gra jest szkołą życia, z której nie wszyscy wyjdą żywi. Rewelacją i odkryciem filmu są z pewnością młodzi aktorzy, którzy stworzyli kreacje przekonywujące, pełne ekspresji i elektryczności, przekładające się na żarliwość z jaką oddają się kultowi broni. Od strony technicznej film jest zrobiony perfekcyjnie – wszystko zostało dopracowane – kiczowate, sztuczne miasto, pretensjonalne kostiumy, przerysowane ubóstwo przeciw naturalności bohaterów. Z sennymi widokami miasteczka doskonale kontrastują sceny dynamicznych prób strzeleckich, a przede wszystkim, budząca skojarzenia z Matrixem, scena końcowa, w której sceniczna umowność połączona została z efektami kina akcji.

We wnętrzu każdego z nas siedzi bestia, tylko nie należy jej budzić, obudzona może stać się przyczyną naszego upadku - zdają się mówić twórcy Mojej Drogiej Wendy. Dopóki Bractwo Dandysów oddawało się swoim rytuałom w zamknięciu, ukrywało przed sobą fascynację nie tyle przedmiotem, co skutkom jego użycia. Gdy po raz pierwszy, za sprawą nowego towarzysza, obiekt kultu został sprofanowany, z członków Bractwa opadła maska pacyfistów, zaczęli walczyć o siebie i za siebie, właśnie tak jak przysięgali na tajnych spotkaniach.

Moja Droga Wendy to film niepokojący, drażniący, chwilami irytujący. Vinterberg żongluje konwencjami, jak wprawiony cyrkowiec zwodzi widza aż do ostatnich scen. Nigdy nie wiemy, która piłeczka znajdzie się na wierzchu – melodramat, western, sensacja, kryminał a może komedia. Dlatego polecam przygodę z Vinterbergiem i Trierem, przygodę z mitem i jego desakralizacją, która w niestandardowy sposób zadaje wiele pytań i pozostawia bez prostych odpowiedzi.


blog comments powered by Disqus