Nowy gatunek kina - katastroficzne romansidło

Autor: aDiego
plakat filmu Nowy gatunek kina - katastroficzne romansidło

Wyszedłem z domu przed 22.00. Po około 40 minutach marszu dotarłem na polanę. Tam rozłożyłem swój sprzęt. Nie ja jedyny słuchałem wczoraj prognozy pogody, wokoło było pełno ludzi z teleskopami. Tylko niepoważny człowiek przegapiłby taką chwilę - niebo było krystalicznie czyste, bez chmur. Tylko same gwiazdy... Rozpocząłem poszukiwanie moich dwóch ulubionych, pomógł mi w tym mój nauczyciel astronomii. Przyglądałem się tak niebu przez paręnaście minut. W pewnym momencie stwierdziłem, że jest coś nie tak. Wśród dwóch moich pupili pojawiła się jedna niewiadoma. Zacząłem się sprzeczać z rówieśniczką (również zakręconą na punkcie obserwacji nieba), że to taka, a nie inna gwiazda. Aby rozstrzygnąć spór, nasz instruktor postanowił zrobić zdjęcie tajemniczej gwieździe i wysłać je do profesjonalnego obserwatorium.

Do zagłady świata pozostało niewiele czasu. Kometa zbliża się do Ziemii i na ponad 90% w nią uderzy. Rząd Stanów Zjednoczonych robi wszystko aby zapobiec katastrofie. Wysyła na orbitę okołoziemską zespół najlepszych kosmonautów i naukowców, po to aby dosłownie rozsadzili niepożądanego gościa na drobny pył. Ma im w tym pomóc najnowocześniejszy na świecie statek kosmiczny, specjalnie zbudowany na zaistniałe okoliczności. A co jeśli się nie uda? Chyba pozostanie już tylko modlitwa... Dzień zagłady jest coraz bliżej...

Dzień zagłady, to bez wątpienia kino katastroficzne. Pierwsze skojarzenie z tą tematyką, jakie mi się nasuwa, to podobny film - Armageddon. Z jednej strony słusznie, bo jest tutaj kometa i bohaterowie, którzy mają uchronić Ziemię od zagłady. Jednak po obejrzeniu Dniu zagłady natychmiast zmieniłem zdanie. O ile wersja z Brucem Willisem podobała się pod względem efektów specjalnych i teledysku grupy Aerosmith, to fabuła już była strasznie banalna. To co ratowało ten film przed totalnym "zhollywoodzeniem", to był specyficzny humor (podobny do tego ze Szklanej pułapki?). W Dniu zagłady jest zupełnie inaczej. Na widowiskowość i soczystą dawkę humoru nie liczmy. Ten film, to typowy wyciskacz łez utrzymany w konwencji kina katastroficznego o zabarwieniu obyczajowym. Połączenie, to w sumie wychodzi na plus. Zamiast garstki bohaterów, która zbawi świat oglądamy życie zwykłych ludzi oraz śledzimy zachowanie rządu w okolicznościach zagrożenia świata.
Wątków jest tutaj wiele i wymienienie wszystkich zajęłoby sporo czasu. Do najlepszych zaliczyć można historię reporterki, którą gra znakomita zresztą Tea Leoni. Otóż śledzimy jej karierę zawodową, rywalizację z kolegami z pracy, a także relacje rodzinne. Zupełnie jak w filmie obyczajowym prawda? Tak i właśnie taki jest Dzień zagłady, który pokazuje życie szarych ludzi, wplątanych w zagrożenie zagłady naszej planety.
Ja ten pomysł kupiłem prawie od razu. Wprawdzie początkowo byłem trochę zawiedziony.... Nie, to chyba złe słowo. Byłem raczej troszkę wybity z toru, bowiem spodziewałem się właśnie czegoś w postaci wspomnianego już Armageddonu. Dobrze, że się rozczarowałem. Dawka spokojnego kina katastroficznego dobrze mi zrobiła. I Wam polecam spróbować!

Dzień zagłady, to taki wyciskacz łez zrobiony z dobrze już przemielonych pomysłów. Przecież temat, w którym w Ziemię uderzy potężna asteroida, był już wielokrotnie w Hollywood poruszany... Mimo, to nie da się ukryć, że kobieta (tak! film wyreżyserowała kobieta;) wie, jak tę oklepaną tematykę wykorzystać. W rezultacie powstało romansidło katastroficzne (czyżby nowy gatunek?;), które bije spokojem, umiejętnie przerywanym przez sprawnie zrealizowane sceny akcji. Polecam, dla chociaż częściowego, odmóżdżenia po Armageddonie;)

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus