Recenzja filmu "Defendor"

Hammertown, to wielkie, anonimowe miasto, gdzie nocą na ulice wypełza to, co najgorsze. Nikt nad tym nie panuje, bo policja, a przynajmniej jej część, gra na dwie strony. Wówczas wkroczyć musi on – ubrany na czarno, zamaskowany mściciel. Prawda, że brzmi znajomo?

Tu jednak zaskoczenie. Ów mściciel „w cywiluˮ nie nazywa się Wayne, a Arthur Poppington i mieszka w jakiejś zapyziałej, poprzemysłowej norze. Jest opóźniony w rozwoju, ale dzięki sympatii i wdzięczności Paula Cartera pracuje przy robotach drogowych i jakoś sobie radzi. Nocą jednak, uwiedziony blichtrem superbohaterskich komiksów, w których się rozczytuje, zakłada zaprojektowany przez siebie strój i staje Defendorem – obrońcą uciśnionych. Chce dorwać złowrogiego Kapitana Przemysł, który we wczesnym dzieciństwie zabrał mu matkę.

Defendor posiada przedziwny sprzęt, oczywiście swojej konstrukcji, ale nie używa broni palnej. „Pistolety są dla tchórzyˮ - twierdzi. Niestety, tych wokół nie brakuje. Każdą akcję nagrywa. W ten sposób może podrzucić policji trop prowadzący w jej własne szeregi. Sam też nie pozwala wyłączyć się z akcji. Kiedy stawka bandyckiej rozgrywki rośnie, zostaje celem gangsterskich polowań, ale nawet groźba więzienia czy śmierci nie są w stanie odwieść go od służby sprawiedliwości.

Scenarzysta i reżyser Defendora, Peter Stebbings, miesza chronologię zdarzeń. Dzięki temu powoli odsłania nam tajemnice życia Arthura. A to opowieść skłaniająca do zadumy – o dziecięcej traumie, być może przez nią właśnie wywołanej chorobie, o fascynacji, o trudach dorosłego życia w odizolowanym, własnym świecie. Brutalną, szaroburą rzeczywistość Defendora rozjaśnia nieco zabrana z ulicy przez Arthura Angel/Kat, którą spróbuje wyprowadzić na prostą.

Historia Defendora zasmuca, lecz jednocześnie budzi uśmiech. Paradoksalnie, przez swą beznadziejność tchnie potężną nadzieją, zachęca do działania. Jej nastrój znakomicie podbudowuje, skomponowana także zupełnie na serio, doniosła muzyka Johna Rowleya. I choć łatwo tu było o płytką farsę, autorom filmu udało się zachować umiar, a tym samym osiągnąć poruszający efekt. Stworzyli naprawdę mroczną historię w wyimaginowanym mieście, toczącą się głownie nocą. I jeszcze ten pojazd – Defendog (wielki żółty podnośnik…). Skojarzenia z człowiekiem-nietoperzem nasuwają się same.

Sama postać Defendora powstała w oparciu o "prawdziwego superbohatera", krążącego po ulicach Orlando, zwanego Master Legend. Wystarczy jednak obejrzeć dokument Superherosi, aby przekonać się, że inspiracja ogranicza się w zasadzie do samego pomysłu i części stroju, gdyż światy obu to zupełnie inna bajka.

Stebbings i jego znakomicie grający aktorzy – nie tylko Arthur świetnie wykreowany przez Woody'ego Harrelsona – atakują widza na dwa sposoby. Po pierwsze, każą wstydzić się społeczeństwu, że wobec bierności, w jego imieniu i interesie występować musi człowiek niedorozwinięty. Dodatkowo, niejako przy okazji, ukazując życie Arthura, wytykają, jak mało o tego rodzaju ludzi to samo społeczeństwo dba. Gdyby nie Paul i jego rodzina, Poppington szybko znalazłby się poza marginesem.

Filmy o zwykłych śmiertelnikach przebierających się w superbohaterskie wdzianka to ostatnimi laty modny trend. Jednak ich zestawianie, np. Defendora choćby z kultowym Kick-Assem mija się z celem. To jakby porównywać kino Bergmana i Tarantino, bo w obu pojawia się śmierć. To zupełnie inny kaliber i o co innego w nich chodzi. Defendor nie jest kinem dla widzów, po cichu wciąż marzących, że jeśli założą pelerynę, to jednak jakoś się uda. „Nie, nie uda sięˮ – kategorycznie zaprzecza Stebbings. A i o kontynuację będzie ciężko. Dlatego marzycielom (nawet skrytym) o wielkiej (udanej) przygodzie ten film się nie spodoba.

Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus