Mistycyzm w polskim wydaniu – recenzja filmu "Demon"

Autor: Korni

Tragiczna śmierć Marcina Wrony wstrząsnęła światem polskiej kinematografii. Jego najnowsza i zarazem ostatnia produkcja – Demon – jest zwieńczeniem zakończeniem mrocznej trylogii reżysera. Jego ostatnie dzieło jest dobitnym dowodem na to, że straciliśmy artystę o wielkiej wyobraźni, rzetelnego obserwatora ludzkich słabości i świetnego reżysera, który stawiał sobie i polskiemu kinu nowe wyzwania.

Oparty na sztuce Przylgnięcie Piotra Rowickiego Demon to zapis weselnych wydarzeń. Piotr (Itay Titan) przyjeżdża do Polski, aby poślubić siostrę swojego przyjaciela – Żanetę (Agnieszka Żulewska). Sielska atmosfera błyskawicznie zmienia się w koszmar, kiedy Piotr odkopuje ludzkie szczątki. Zachowuje to jednak w tajemnicy i ceremonia zaślubin dochodzi do skutku. Uroczystość ślubna nie jest tu tematem przypadkowym. Jak na weselu Wyspiańskiego nie brakuje przedstawicieli różnych grup społecznych: lekarza (Adam Woronowicz), żydowskiego nauczyciela (Włodzimierz Press), księdza (Cezary Kosiński) czy kobiety lekkich obyczajów (Anna Smołowik). Podziwiamy, więc swoisty tygiel społeczny, a zamiast chochoła w szaleńczym tańcu towarzyszy nam dybuk.

Reżyser świetnie żongluje gatunkami kinowymi. Groza i groteska przenikają się nieustannie. To znakomity przykład autorskiej świadomości tworzywa, którą tak rzadko mamy okazję podziwiać w polskich produkcjach. Film pełen jest metafor i rytuałów. Dziwnym zbiegiem okoliczności polskim twórcom doskonale wychodzą produkcje, które noszą odniesienia do niechlubnych kart naszej historii. Demon to kolejny film (po Pokłosiu czy Idzie), który podejmuje temat trudnej przeszłości, która ani myśli odejść w zapomnienie. Bohaterowie próbują ją dezawuować – jedni kurczowo trzymają się wychświechtanych ideologii, inni gorliwie powtarzają utarte dogmaty. Każdy z nich zostaje jednak zmuszony do zweryfikowania swoich poglądów. Film Marcina Wrony trafnymi i komicznymi dialogami doskonale wyłuszcza polskie przywary.  Te najbardziej chrakterystyczne mają na weselu swoich przedstawicieli: doktor-abstynent, bojaźliwy ksiądz, ogłupieni goście weselni. Dybuk, który pojawia się na ceremonii prowokuje ich do określenia swojego stanowiska, zmusza do spojrzenia wstecz. Postać dybuka bezpośrednio nawiązuje do kultury żydowskiej. To istota zmarła wstępująca w żywego, najczęściej w celu dokończenia niezałatwionych spraw. Postać dybuka w Demonie utożsamia traumę holokaustu. Mistyka żydowska to nie jedyne kulturowe odwołanie, z którym spotkamy się podczas seansu. Motyw wesela, pojawiający się tak często w rodzimym kinie, ceremonialność  i szeroko rozumiana duchowość inspirowały reżysera. Sam był świadkiem egzorcyzmów, a podczas przygotowań do filmu konsultował się z rabinami. Długo prowadził etap castingów, aby znaleźć idealnych odtwórców ról.

I to Marcinowi Wronie się udało. Wybranie do głównej kreacji aktora izraelskiego pochodzenia było najlepszym ruchem, jaki mógł wykonać. Itay Tiran jest prawdziwy, zaangażowany, jest demonem. Przejmująca rola Agnieszki Żulewskiej w roli świeżo upieczonej mężatki, mocno zarysowana postać ojca panny młodej dzięki grze Andrzeja Grabowskiego oraz kreacja Tomasza Schuchardta, jako niestabilnego emocjonalnie „Jasnego”, potwierdzają tylko celność wyborów reżysera. Przekrój obsady przez różne pokolenia dowodzi tylko temu, że polskie kino miało i ma dobrych aktorów. Może potrzeba im tylko reżysera oddanego w pełni swojej pracy, jakim był Marcin Wrona, który prowadził nawet specjalne sesje psychologiczne, aby aktorzy mogli rzetelnie wcielić się w postaci.

Od pierwszego kadru widać, że film będzie szedł konsekwentną drogą – zarówno w opowiadaniu historii z perspektywy gościa ceremonii, jak i w nowatorskim ruchu kamery, przygnębiającej kolorystyce szarości i przeszywającej muzyce Pendereckiego. Wymowna jest opowieść żydowskiego nauczyciela, który wspomina czasy swojego dzieciństwa. Reżyser mówi wprost: żyjemy na gruzach innej społeczności. Jak przy każdym filmie poruszającym temat tragedii żydowskich na naszych ziemiach widownia podzielła się na dwa fronty: dla jednych jest to kolejny film antypolski, dla drugich swojego rodzaju katharsis. Najtrafniej byłoby po prostu przeżyć Demona jako artystyczną produkcję, a wątkowi historycznemu pozwolić pozostać w pamięci.

Demon to nie tylko symboliczna próba rozliczenia się z historią, która i tak nas dopadnie, ale pokaz tego, że zło twki w każdym człowieku. To soczewka na nasze społeczeństwo, na ludzkość w ogóle. Duchowość można odnaleźć wszędzie, zarówno w weselnej stodole, jak i na sali kinowej. Tezy postawione w filmie Marcina Wrony nie są dla nas łatwe, a film pozostawia pewną nieprzeniknioną obawę. Mroczność, a zarazem urok Demona jest jednak nieodparty i nie można mu nie ulec.

Korekta: Joanna Biernacik


blog comments powered by Disqus