Recenzja "Django"

Autor: Redil

Django nie jest typowym spaghetti westernem, ale garściami czerpie z tego gatunku. Tarantino, jak sam przyznał, ma wielki szacunek do tego rodzaju kina oraz gotów jest nawet odnaleźć jego elementy w swoim najsłynniejszych filmie – Pulp Fiction. Ale jednak Quentin nie byłby sobą, gdyby poprzestał na jednym gatunku i stworzył  film trzymający się reguł oraz konwencji do niego przypisanych. Zabawa jest obowiązkowa. Zabawa stylem, zabawa schematami, zabawa z widzem. Django to spaghetti western wykraczający poza western. Miejscami to mocny dramat, miejscami diabelnie zabawna komedia, gdzie indziej wreszcie typowa rzeźnia pasująca bardziej do brutalnego Kill Billa, aniżeli do klasycznego filmu utrzymanego w stylistyce dzikiego zachodu. Zresztą nie przypadkowo wspominam tutaj o Kill Billu, bo w Django znajdziemy liczne ślady nawiązywania Tarantino do swoich własnych filmów. W rezultacie mamy tutaj mieszankę wszystkiego, co w jakiś sposób da się połączyć, a nawet tego, co na pozór wydawałoby się niemożliwe. Mało kto mógłby sobie z tym poradzić, wielu też mogłoby stwierdzić, że takie nagromadzenie nie pasujących do siebie elementów nie może się sprawdzić. Ale Tarantino na takie słowa może się jedynie zaśmiać.

Django jest niewolnikiem. Nikt mu nie odpuści ze względu na kolor skóry, co idealnie obrazuje jedna z początkowych scen, kiedy nasz bohater wjeżdża do miasteczka. Ludzie spoglądają w jego kierunku z minami, jakby zobaczyli ducha. "Czy to czarnuch na koniu?" - pytają siebie nawzajem. "Zabieraj stąd tego smolucha!" - krzyczy wściekły barman. Z jednej strony nie ma się więc co dziwić, czemu na Tarantino posypały się gromy i zarzuty o rasizm, a Spike Lee denerwował się, że niewolnictwo nie jest tematem na komedię czy spaghetti western. Szkoda jednak, że wszyscy zawzięci przeciwnicy nie mogą lekko wyluzować i spojrzeć na to z innej strony. Wystarczy dokładnie obejrzeć film, by dobrze wiedzieć za kim tak naprawdę opowiada się Tarantino. Częściej to właśnie biali pokazywani są w niekorzystnym świetle, a już z członkami Ku Klux Klanu reżyser rozprawił się bezceremonialnie, przedstawiając ich jako bandę idiotów. Ku uciesze widzów oczywiście, bo związana z nimi scena to przy okazji jedna z najbardziej zabawnych oraz zapadających w pamięci scen z produkcji. 

Z niewoli ratuje naszego bohatera dr Shultz - łowca głów poszukujący bandy braci Brittle, za których wyznaczono sporą nagrodę. Tak się składa, że Django zna ich twarze, byli oni bowiem jego oprawcami. Razem więc wysyłają braci na tamten świat. Od tej pory działają wspólnie, zabijając kolejnych łajdaków, ale kiedy Django opowiada swojemu kompanowi o miłości, jaką darzył swoją piękną Broomhildę, Shultz postanawia pomóc przyjacielowi w uratowaniu kobiety. W ten sposób trafiają na farmę bogatego i zadufanego w sobie Calvina Candie'ego.

 

Nie ma się co oszukiwać – trudno tu o wybitne aktorstwo. Christoph Waltz spisuje się dobrze, ale kwestią sporną jest, czy jego gra aktorska zasługuje na nominację do Oscara.  Ważna jest inna sprawa: mimo że nikt nie wkracza tu na wyżyny swojego talentu, to jednak niemal wszyscy grają jak z nut, nie schodząc poniżej pewnego poziomu. I dzięki temu raz po raz jesteśmy świadkami interesujących popisów, szczególnie ze względu na to, że możemy oglądać aktorów w niespodziewanych rolach. W końcu DiCaprio jako czarny charakter to widok raczej niecodzienny. Sposób, w jaki ci aktorzy potrafią kpić sobie z całej sytuacji, w pewnym sensie kpić nawet z samych siebie (Samuel L. Jackson jest po prostu niesamowity) zasługuje na najwyższe uznanie. Praktycznie pewnym jest, że w trakcie zdjęć do Django, oprócz ciężkiej pracy, twórcom towarzyszyła w pierwszej kolejności dobra zabawa. Widać to na ekranie.

Oprócz fantastycznych scen, które na długo zapadną widzom w pamięci, niestety, Django posiada również dłużyzny. Czasem mocno irytujące. Oczywiście te dłużyzny wypchane są dialogami, czyli tym, z czego Tarantino słynie. Ale ekipa ze Wściekłych psów mogłaby przez bite trzy godziny siedzieć przy stole i jeśli ich dyskusja trzymałaby taki sam poziom, jak  w początkowej sekwencji, to nikt nie zauważyłby nawet, kiedy te trzy godziny zleciały. Tak samo Vincent oraz Jules z Pulp Fiction mogli mówić i mówić, a ich teksty zamiast nudzić, zwyczajnie stawały się kultowe. Nie chcę powiedzieć, że Tarantino zapomniał, jak się pisze znakomite dialogi, bo i takich w Django nie brak, ale miejscami jednak dyskusja ostentacyjnie wysuwa się na pierwszy plan, a niewiele z niej wynika. Podobnie było w Bękartach wojny, gdzie również świetne teksty przeplatane były pustym dialogiem.

Nowy film Tarantino nadrabia zdecydowanym i ciętym humorem. O ile bowiem chociażby w Bękartach wojny wszystko utrzymane było w nieco poważniejszym tonie, o tyle tutaj mamy zabawę oraz przekraczanie granic. Nawet najpoważniejsze sceny przedstawione są w taki sposób, że uśmiech nie znika z naszych twarzy. Zemsta Shosanny była o wiele bardziej emocjonalna. Kibicowaliśmy jej, ale przez to wszystko stawało się jakby bardziej wymuszone. Zemsta Django z kolei ma nam zwyczajnie dostarczyć rozrywki. A jego szczery uśmiech na widok rzezi, jaką po sobie zostawił, idealnie oddaje charakter całości.

Do Django nie sposób podejść poważnie, mimo że traktuje o jak najbardziej poważnym problemie. Jednakże to pokazuje jedynie, że nie ma już dzisiaj tematów tabu, które nie zostałyby przełknięte przez popkulturę. Tarantino nie lituje się nad czarnymi, jak na przykład Spielberg w swoim patetycznym Lincolnie. Nie próbuje ich na siłę wyidealizować. Tarantino robi więcej, bo naprawdę pokazuje równość między czarnymi i białymi. Nie zapomina o ich wadach – na przykład Django patrzy spokojnie na innego czarnoskórego bohatera, rozrywanego na strzępy przez psy. W końcu nasz bohater nie jest uosobieniem dobra. Przeciwnie! Nawet po trupach swoich rodaków gotów jest dojść do celu. Quentin nie pokazuje więc w swoim filmie czarnych  i białych. On pokazuje nam ludzi.


blog comments powered by Disqus