„Doktor Strange” – bezspoilerowe wrażenia z 15-minutowej przygody w IMAX

Za dwa tygodnie do kin wchodzi Doktor Strange, a ja, zagorzała fanka Marvela, która wszystkie filmy z serii widziała w kinach, nie zamierzałam wybrać się na seans. Dlaczego?

Moja niechęć głównie wynikała z tego, jakich wyborów dokonano przy obsadzie. Mam wrażenie, że Benedict Cumberbatch został wybrany do roli głównej jedynie dlatego, że był wtedy na fali, a nie dlatego, że do tej roli pasował. Jeszcze bardziej problematyczne było dla mnie obsadzenie w roli postaci azjatyckich, cóż, nie Azjatów. Soli do rany dosypał reżyser, Scott Derrickson, kiedy oznajmił, że według niego wybranie białej kobiety do roli azjatyckiego mężczyzny to godna pochwały różnorodność.

Jednakże, trafiła mi się okazja pójścia na specjalny imaksowy pokaz piętnastominutowego materiału z filmu i stwierdziłam: „czemu nie? Dam Strange’owi ostatnią szansę na przekonanie mnie do seansu”. Czy się udało? Muszę przyznać, że jestem skuszona. Ale czy z właściwych powodów?

To co przede wszystkim mnie oczarowało, to efekty specjalne. Jestem jedną z tych osób, które lubią zapłacić kokosy za seans 3D w IMAXie, żeby przeżyć ucztę dla oczu. Doktor Strange jak najbardziej się na taką zapowiada. Efekty zapierają dech w piersiach, Marvel naprawdę zrobił coś wspaniałego pod tym względem. Mam na myśli tutaj i sceny związane z magią, i takie, które możemy zobaczyć w zwykłym filmie akcji. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w moim życiu była tak zachwycona przedstawieniem sceny wypadku samochodowego w filmie.

Jak jednak wypada sam Cumberbatch jako Strange, czyli jeden z czynników, który z góry mnie zniechęcał do tego filmu? Niestety, nadal nie jest przekonana. Po tak krótkim fragmencie nie jestem pewna, czy jest to wina gry gwiazdora, czy samego scenariusza, ale przy większości scen stawiających na komizm, byłam zdecydowanie bardziej zażenowana niż rozbawiona. Jedyny dobry żart jaki usłyszałam – a rzucili kilkoma, pewnie po to, żeby pokazać, że nie są „mrocznym, niefajnym DC” – był ten z hasłem do WiFi już znany z oficjalnego zwiastuna. Co ze scenami, gdy Strange nie próbuje być śmieszny? Stary, dobry Cumberbatch w roli geniusza z problemami. Jak w każdej innej produkcji, w której  ostatnio występował.

Dość sporo było również Tildy Swinton w roli mentora Strange’a i jak zwykle była fenomenalna. Głównego antagonisty, w którego rolę wciela się Mads Mikkelsen, dostaliśmy więcej niż ze znanych zwiastunów, ale nadal bardziej w postaci smaczku. Na Rachel McAdams wytykającą Strange’owi jego ogromne ego również patrzyło się bardzo miło.

Jaka jest więc moja konkluzja po piętnastominutowej przygodzie z Doktorem Strange’em? Szczerze rozważam pójście na film dla samych efektów specjalnych, licząc, że Strange będzie żartował jak najmniej, a fabuły będzie więcej niż to, co zostało nam pokazane w ten kwadrans.

Więcej na:

 

http://szara-corka-popkultury.blogspot.com/


blog comments powered by Disqus