"Doktor Strange" - recenzja wydania Blu-ray

Autor: Damian "Nox" Lesicki
Korekta: Joanna Biernacik
14 maja 2017

Magiczna Metoda Marvela

doktor strange blu-ray recenzjaDoktor Strange to zarazem jeden z najlepszych filmów Marvel Studios i jeden z najbardziej wtórnych. Twórcy eksplorują nieznane wcześniej obszary filmowego uniwersum Marvela, jednocześnie serwując widzom fabularną kalkę z Iron Mana. I w jakiś tajemniczy, czarodziejski sposób łączą tę innowacyjność i repetycję, zapewniając widzom satysfakcjonujący seans.

Tytułowy bohater obrazu to bogaty, przystojny, biały mężczyzna po czterdziestce, o krótkich, ciemnych włosach, wąsach i koziej bródce. Poznajemy go jako ironicznego, bufonowatego lekkoducha, który traktuje wszystkich z góry. Najbliższą mu osobą jest jego koleżanka z pracy, z którą mogłyby go łączyć bliższe relacje, ale jakoś tak się złożyło, że pozostają przyjaciółmi/partnerami zawodowymi. Wskutek własnej arogancji i tragicznego splotu wydarzeń protagonista znajduje się w dramatycznej sytuacji i musi szukać nowych sposobów na odzyskanie utraconego życia. Brzmi znajomo? No właśnie. Wtórność postaci i zachowawczość w sposobie opowiadania historii są najsłabszą stroną Doktora Strange’a. Na szczęście Marvel nadrabia innymi aspektami obrazu.

Pierwszym ważnym novum jest obecność w filmie magii. Co prawda otrzymaliśmy jej namiastkę w serii o Thorze, jednak twórcy przygód Asgardczyka na każdym kroku podkreślali, że Odinson jest w gruncie rzeczy kosmitą, a światy Mrocznych Elfów czy Lodowych Olbrzymów to obce planety. W Strange’u mamy magię z prawdziwego zdarzenia – z czarownikami, księgami, inkantacjami, artefaktami i Demonami z Piekielnych Wymiarów (mniej więcej). W dodatku jest ona bardzo widowiskowa – nawet w warunkach kina domowego. Kalejdoskopowe zaginanie przestrzeni podczas walk magów przypomina Incepcję puszczoną na ekranie umieszczonym w gabinecie luster. A do tego trzeba jeszcze dodać roziskrzone portale, świetlny oręż, magiczne relikwie, lustrzany wymiar, zabawy czasem i kwasową podróż tytułowego bohatera po multiwersum – w jednym filmie mamy tyle ciekawych zastosowań czarów, co w całej sadze o Harrym Potterze. Trzeba przyznać, że Scott Derrickson wykazał się nieprzeciętną wizją i – jak na reżysera, który miał wcześniej na koncie głównie średnie horrory – poradził sobie znakomicie z realizacją marvelowskiego blockbustera. Ponadto filmowe przygody Stephena Strange’a mają jeszcze jedną ważną zaletę – stanowią odrębną historię i są świetnym punktem wejścia dla widzów niezaznajomionych z MCU. Jedynie do zrozumienia treści dodatkowej sceny w trakcie napisów warto znać fabułę obu części Thora.

Muzyka Michaela Giacchino to kolejny przykład ścieżki dźwiękowej Marvela, której widzowie nie zapamiętają. Nie znaczy to, że jest zła. Wręcz przeciwnie – w funkcji ilustracyjnej sprawdza się świetnie. Nie oznacza to też, że jest całkowicie wtórna, chociaż niektóre kompozycje mocno przypominają utwory ze Star Treka. Kompozytor podkreślił magiczny nastrój obrazu przez wykorzystanie nietypowych instrumentów, których na co dzień nie słyszy się w filmach – elektrycznego sitaru oraz klawesynu. Jednocześnie jednak Giacchino nie stworzył ścieżki muzycznej, do której z chęcią wracałoby się po seansie.

Przygody „pana Doktora” możemy obejrzeć na Blu-rayu po angielsku z polskimi napisami lub w wersji z dubbingiem (dla chętnych jest też szereg innych języków). Tłumaczenie zostało przygotowane bardzo dobrze, a wszelkie językowe i humorystyczne niuanse należycie oddane (jedyną uwagę mam do przełożenia terminu „multiverse” nie na „multiwersum” lub „wieloświat”, lecz jako „świat światów”). Z kolei dubbing prezentuje się nad wyraz przeciętnie. Niby głosy zostały dobrze dobrane (Michał Żebrowski po raz kolejny w swojej karierze zagrał bohatera parającego się magią), a kwestie są odpowiednio dopasowane do ruchu warg postaci, jednak całość brzmi dość płasko i bezpłciowo. W dodatku wydaje się kompletnie zbędna. Doktor Strange jest filmem z założenia przeznaczonym dla widzów w wieku sugerującym, że potrafią oni płynnie czytać podpisy na ekranie. W dodatku znajduje się w nim tyle intensywnych obrazów (mam na myśli szczególnie stroboskopowo zmieniające się kolory, kalejdoskopowe tła i dynamiczne sceny akcji, bo przemoc nie jest tu ukazana zbyt dosadnie), że po prostu nie powinien być oglądany przez młodsze dzieci. Jeśli zaś polska wersja językowa ma być ukłonem w stronę osób słabo widzących, to wydaje mi się, że bardziej ucieszyłby je lektor.

Doktor Strange recenzja Blu-ray

Wydanie Blu-ray przygotowane jest bardzo porządnie. Menu w języku polskim zostało opatrzone szatą graficzną pasującą do klimatu filmu. Oprócz wyboru wersji językowej, dostępu do poszczególnych scen (posiadających własne tytuły) i notki prawnej, dostajemy to, co (poza filmem) fani lubią najbardziej, czyli dodatki. Dystrybutor przygotował dla nas kilka scen usuniętych, które nieco uzupełniają historię opowiedzianą w filmie, ale nie wywracają jej do góry nogami, a ich wycięcie wydaje się rozsądnym posunięciem. Chyba najciekawszą ich cechą jest to, że posiadają często niedokończone efekty specjalne, dzięki czemu możemy zobaczyć, jak się one prezentują na etapie montażu filmu. Poza tym na płycie znajduje się szereg materiałów zza kulis: trochę o powstawaniu filmu, trochę o aktorach, trochę o muzyce… Szczerze mówiąc, dość standardowo jak na tej klasy produkcję. Szczególnie zabrakło mi omówienia najbardziej niesamowitego aspektu obrazu, czyli efektów specjalnych. Owszem, w dodatkach pojawia się sporo ujęć z planu, dzięki którym możemy zobaczyć, jak kręcono Strange’a, ale nie ma ani jednego dodatku, który skupiałby się na green screenie, CGI i postprodukcji – szalenie skomplikowanych, interesujących i ważnych dla tego filmu elementach. Ten brak nieco wynagradzają jednak wpadki i żarty z planu (w sumie bardziej te drugie), które potrafią wywołać prawdziwy wybuch śmiechu. Szkoda, że nie ma ich więcej, bo widać, że obsada i twórcy podczas kręcenia przygód Stephena Strange’a bawili się przednio.

Doktor Strange to ta sama fabuła w odmiennej oprawie. Nowy bohater zostaje wprowadzony do świata MCU w sposób do złudzenia przypominający „narodziny” Iron Mana. Jednak czy to źle? W końcu wszyscy lubimy historie, które znamy, a debiut Tony’ego Starka należy do ścisłej czołówki filmów Marvela. Jednocześnie twórcy zapierającymi dech w piersiach wizualiami skutecznie odwracają uwagę widzów od niezbyt oryginalnego scenariusza, sprawiając, że film ogląda się zaskakująco dobrze. Podobnie sprawa ma się z wydaniem Blu-ray. Otrzymujemy marvelowski standard z nieco zawodzącymi dodatkami, jednak dzięki takim smaczkom jak urocze gagi z planu dystrybutor jest w stanie sprawić, że zapominamy o niedociągnięciach. Czysta magia.



blog comments powered by Disqus