"Doktor Strange" - recenzja filmu

Ten film CGI stoi

Najnowsze dziecko Marvela, filmowy Doktor Strange, to kawałek świetnej rozrywki, podanej w ślicznym opakowaniu, za to zupełnie, ale to zupełnie niewymagającej. Zacznijmy jednak od najmocniejszych stron filmu.

Jeśli pamiętacie ruchome schody Hogwartu, poruszające się magicznie w przestrzeni zamku, albo niesamowite zwijające się miasto w Incepcji, to pomnóżcie sobie te efekty razy, powiedzmy, osiem - i będziecie wiedzieć, czego spodziewać się w co bardziej widowiskowych scenach tego filmu. Z niemal każdej klatki wylewa się świadectwo doskonałości współpracujących z Marvelem grafików, animatorów, charakteryzatorów, informatyków, programistów... już we wstępie dostajemy pokaz ich umiejętności. Ogląda się to z wielkim „WOW” na ustach. Pod tym względem Doktor Strange przebija nawet Avengersów, gdzie przecież też nie oszczędzano procesorów. Szukacie filmu, który jest ładny, pełen zaskakujących efektów specjalnych, wciska w fotel mimo okresowych scen rodem z halucynacji po LSD? To dobrze trafiliście.

Aktorstwo, co ciekawe w tego typu produkcji, też stoi na bardzo wysokim poziomie. Tilda Swinton i Benedict Cumberbatch ukradli cały film ­– zwłaszcza początkowa sekwencja, w której grany przez Brytyjczyka doktor Stephen Strange zmienia się z niesamowicie utalentowanego, aroganckiego neurochirurga w opętanego obsesją kalekę jest zagrana świetnie. Dalej Cumberbatch też radzi sobie bardzo dobrze, nadając lekko demonicznemu, komiksowemu „czarownikowi w czerwonej pelerynce” zawadiackiego rysu. Swinton także przemyca do swojej postaci rys humoru i zadumy, co bardzo jej pasuje. Postaci z dalszego planu – jak grany przez Madsa Mikkelsena czarny charakter Kaecilius czy kreowana przez Rachel McAdams doktor Palmer, partnerka Strange’a – też dają radę. Pod względem aktorów naprawdę nie ma się do czego przyczepić.

Najsłabszą częścią Doktora Strange’a jest... fabuła. Jest prościutka jak linie metra w Warszawie: od zera do bohatera. Okaleczony w wypadku wybitny chirurg o wrednym charakterze poszukuje pomocy wszędzie, nawet w odległym Katmandu. Trafia do „sekty”, gdzie wiekowa czarodziejka przyjmuje go na nauki. Dzięki swoim wybitnym zdolnościom, uporowi i inteligencji błyskawicznie opanowuje umiejętności dotyczące władania mocą wewnętrznego ja, energią wymiarów, a nawet manipuluje czasem. W międzyczasie pojawia się Wielkie Zagrożenie, od którego zupełnie przypadkiem może ocalić Ziemię tylko Strange, chociaż sam nie wie jak. Wiemy, o co chodzi? No właśnie. To wszystko podlano wiadrem sosu z mistycyzmu, wierzeń w tantrę czy czakry, filozofii buddyjskiej i efektownych walk. Ogląda się bardzo przyjemnie i nie ukrywam, że bawiłam się dobrze – ale głębszych treści tu nie ma, a i ewolucja bohatera jako taka trwa tylko jakoś do połowy filmu.

Jak wspomniałam na początku, Doktor Strange to kawałek świetnej, ale mało ambitnej rozrywki. Marvel nie zawodzi wizualnie, aktorsko ani technicznie, czym maskuje płytkość fabuły. Nie waham się polecić fanom kina rozrywkowego, jednak ci, którzy szukają czegoś odrobinę głębszego (jak nawet Strażnicy Galaktyki – tak, nie pomyliłam się) jednak mogą się zawieść.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki



blog comments powered by Disqus