"Doktor Strange" - recenzja filmu

Merlin by się nie powstydził 

Ktokolwiek ośmieli się stwierdzić, że w dobie uwielbienia serii o superbohaterach nie ma już udanych filmów z magią w roli głównej, niech lepiej ugryzie się w język. Marvel po raz kolejny (to robi się wręcz nieprawdopodobne), jak za pomocą magicznej sztuczki pokazuje, że nic nie jest niemożliwe i prezentuje swoją wersję współczesnego Merlina, który uwielbia szybkie samochody, kontroluje mistyczne Oko Agamotto i nie boi się stawić czoła samemu Hannibalowi Lecterowi, czyli Madsowi Mikkelsenowi. Panie i panowie, oto mistrz cyrkowej rewii efektów specjalnych, pokazu imponujących zaklęć i niebanalnej historii – seans Doktora Strange.

Doktor Stephen Strange osiągnął w życiu wszystko, co sobie tylko wymarzył. Jest wziętym chirurgiem, posiadaczem luksusowego apartamentu i samochodów, ale ma niebotyczne ego i arogancję, której nie powstydziłby się sam Tony Stark. Kiedy niespodziewany wypadek przekreśla jego przyszłość w chirugii, zdesperowany bohater udaje się do Katmandu, aby odnaleźć tajemnicze Kamar-Taj. Tak Strange odkryje, że nasz świat nie jest taki, jakim się wydaje i zapragnie poznać arkana magii, do czego wydaje się mieć szczególny talent...

Scenariusz autorstwa trio Jona Spaihtsa, Scotta Derricksona i C. Roberta Cargilla obraca się wokół wypranego schematu bohatera, czyli sukces-upadek-przemiana-zwycięstwo, a jednak Doktor Strange wydaje się być zaskakująco świeżą pozycją wśród coraz bardziej znanych konwenansów Marvela. Ta wystrzałowa wywrotowość czerpie siłę z perfekcyjnie wyważonego połączenia współczesności i fantastyki, dodając do tej magicznej mikstury klasyczną Marvelowską autoironię. Oglądając ujęcia zwijających się w nieskończoność budynków i wieżowców Nowego Jorku, nie sposób uniknąć analogii do Incepcji Christophera Nolana, Strange pokazuje jednak własną wersję bez wchodzenia w ludzkie sny i tłumaczenia tego, czego w zasadzie nie ma sensu tłumaczyć (scenarzyści słusznie uznali, że zbędne jest wyjaśnianie prawideł świata wielowymiarowego, bo zajęłoby to połowę filmu, a lepiej pozwolić widzowi po prostu uwierzyć w to, co ogląda). Dostajemy za to surrealną feerię efektów specjalnych opływających w niesamowite barwy, misterne wzornictwo i magiczne dziwy. Fani, którzy mają już dość superbohaterów w obcisłych kostiumach, mogą spokojnie wybrać się do kina. Estetyka Doktora Strange i wnętrza zaciemnionych komnat oraz bibliotek przypominają stylizowane, pachnące wręcz retro klimaty z filmów fantastycznych, przygodowych, ale też kostiumowych z lat 80. Olśniewające efekty specjalne i paleta barw to również zasługa autora zdjęć Bena Davisa, który może poszczycić się pracą nad Avengers: Czas Ultrona, Strażnikami galaktyki czy Kick-Ass – należy przygotować się więc na mimowolne opadanie szczęki.

Jak zrealizować opowieść o chirurgu/magu bez efektu totalnej farsy i kiczu? Na scenę wkracza reżyser Scott Derrickson, który sięgał inspiracją do tradycji horroru w Sinister i Egzorcyzmach Emily Rose, ale tu uwalnia swój niewykorzystany dotychczas potencjał. Reżyser wykazuje wyjątkową wrażliwość na płynne przekraczanie granicy światów materialnych i nierzeczywistych, przeskakując z realnej do bólu sceny w szpitalu do pojedynków ciał astralnych, przy okazji zachowując dystans do samego siebie i swoich filmów. Kilka oczek puszczanych do widowni, w tym scena z przerażoną Rachel McAdams w szpitalu, to doskonała parodia sama w sobie. Derrickson za sprawą świetnego scenariusza obsypanego bezcennymi dowcipami (ten o Wi-Fi to mój faworyt) i własnych pomysłów stworzył szaloną przejażdżkę na granicy jawy i snu, wśród wystrzałowych jak fajerwerki efektów specjalnych. Wspomnijmy jeszcze o autorce kostiumów Alexandrze Byrne, pracującej nad Strażnikami galaktyki, ale także Avengers, Elizabeth: Złoty wiek czy Upiorem w operze. Jej zamiłowanie do bogatych, zdobionych kostiumów nie umkną niczyjej uwadze. Dodajmy do tego osobliwą muzykę Michaela Giacchino i mamy wszystkie składniki Doktora Strange, dziwaczne i eksytujące jak sam bohater. Psychodeliczny? Nieprzewidywalny? Szalony? Tak, taki być może jest Doktor Strange, ale czym byłby film bez samego mistrza sztuk magicznych i jego trupy?

Benedict Cumberbatch przeszedł już blockbusterowy chrzest po W ciemność: Star Trek i potwierdza swoją żelazną pozycję  zarówno w Hollywood, jak i teatrze, zdobywając sympatię widowni z dziecięcą łatwością. Nie zapominajmy też o szałowo wystylizowanej królowej kina Tildzie Swinton, której magnetyczna prezencja idealnie współgra z potężną i nieodgadnioną postacią Przedwiecznego. W dodatku doskonale jej w żółtym kolorze. Musimy jeszcze wspomnieć o arcyksięciu czarnych charakterów, panie Madsie Mikkelsenie, którego siejący grozę Kaecilius zasługuje na wysokie miejsce w rankingu villainów Marvela, szczególnie z jego gotyckim makeupem oczu (nie sposób go zapomnieć). Do tego jeszcze mamy nie zostających w tyle Rachel McAdams w roli ukochanej naszego doktora oraz Chiwetela Ejiofora, który niezmiennie gra ze szczególną klasą, a jego Mordo kryje w swoich oczach głębię i intrygującą tajemnicę. Obsada błyszczy na ekranie jak efektowne zaklęcia Strange’a również za sprawą dopracowanego scenariusza, który nie lekceważy żadnej postaci. Tę ekipę trzeba zobaczyć.

Doktor Strange to olśniewający seans łączący przygodę, widowisko rodem z Cirque du Soleil, magów i prawdziwą magię kina. Dajcie się oczarować i ośmielcie się zagłębić w ten świat – to doskonała rozrywka w najlepszym wydaniu.

Korekta: Aleksandra Wierzbińska


blog comments powered by Disqus