Moffat, idź do diabła - czyli kilka przemyśleń na temat 9. serii "Doktora Who"

Dobiegła końca dziewiąta seria Doktora Who. Seria niezwykle ważna dla fabuły całego serialu, owocna w wydarzenia i dramaty. Bez mrugnięcia okiem można też stwierdzić, że była stanowczo lepsza od poprzedniej – scenariusze znaczącej większości odcinków to prawdziwe majstersztyki. Paradoksalnie, oglądalność Doktora spada. Całkowicie niesłusznie!

UWAGA, W TEKŚCIE MOGĄ ZNALEŹĆ SIĘ SPOILERY

Dwanaście odcinków i zeszłoroczny christmas special (także wliczany do tej serii) znalazły się pod czułą opieką Stevena Moffata. Napisał lub uczestniczył w pisaniu siedmiu epizodów. Last Christmas, przewrotny odcinek świąteczny, to jego dzieło. Zaczął się z przytupem - od odkrycia przez Clarę Oswald Świętego Mikołaja na dachu bloku. Potem nastąpiła wyprawa na Biegun Północny, gdzie odcinek traci świąteczny klimat na rzecz atmosfery rodem z Ósmego pasażera Nostromo. Napięcie zostało rozłożone idealnie, jest drama, jest akcja – czyli to, za co tak kochamy ten serial.

Kolejne dwa odcinki – a raczej jedna długa przygoda podzielona na dwie części – były pięknym ukłonem w stronę fanów. Niezwykle klimatyczny początek (morze dłoni z oczami, wojna, uciekające dziecko), sporo zamieszania w głównej linii fabularnej serialu, powrót Missy, możliwa śmierć Clary oraz niezwykła tajemnica kryjąca się za tytułowym Uczniem Magika (The Magician’s Apprentice) i Dalekami ze Scaro.

Świetny jest także odcinek pt. The Girl Who Died (Steven Moffat i Jamie Mathieson, wcześniej pracujący przy odcinkach Mumia w Orient Expresie oraz Flatline). – Przypomina on fanom ducha dawnego Doktora Who, z czasów, gdy po planie miotał się David Tennant, a serial z charakterystyczną lekkością poruszał poważne tematy. Tu dodatkowo dostajemy prezent w postaci Maisie Williams w, jak się okazuje, całkiem dużej roli Ashildr, córki wikinga.Aktorka wraca na plan niejednokrotnie – w tym już w następnym odcinku (The Women Who Lived, napisany przez Jamie Mathieson), którego akcja toczy się kilkaset lat później. W tych epizodach Doktor staje przed kilkoma moralnie trudnymi wyborami i nawet obecność Clary nie pomoże mu podjąć decyzji, która nie doprowadziłaby do tragedii. Ten konflikt został nakreślony przepysznie, a odcinki ogląda się z przyjemnością.

Internet wybuchł po dziesiątym odcinku serii – Face the Raven, napisanym przez Sarah Dollard. Było w nim wszystko: Doktor próbujący uratować przyjaciela przed wyrokiem śmierci, śledztwo prowadzone w klimacie wiktoriańskich slumsów, na poły magiczne elementy, jak zabójczy Kwantowy Cień zamieniający się w kruka, znikająca uliczka i... ponownie Ashildr. Nagły zwrot akcji, śmierć Clary, tajemniczy adwersarze Doktora, którym udało się go schwytać – wszystko to sprawiło, że można by nazwać ten epizod najlepszym...

...gdyby nie odcinek jedenasty, przedostatni: Heaven Sent. To teatr jednego aktora: Doktor uwięziony w pułapce bez wyjścia, tajemniczym, mechanicznym zamku na środku oceanu, którego dno usiane jest czaszkami poprzednich więźniów. Za Doktorem stale podąża tajemnicze stworzenie, które wzbudza w nim paniczny lęk. Zamek pełen jest zagadek, a geniusz Doktora okazuje się jego największym ograniczeniem w poszukiwaniu drogi ucieczki.

Niestety, koniec nie wieńczy dzieła. Ostatni odcinek dziewiątej serii przypomina zupę z resztek, jakie znajdziemy w lodówce. Do epizodu wrzucono wszystko, co było pod ręką: Gallifrey, Władców Czasu, Clarę, Ashildrę, koncepcję Hybrydy, Dziki Zachód (wyraźne inspiracje westernami z Clintem Eastwoodem), a także największych wrogów Doktora. Miało być epicko, a wyszło żenująco, bo każdy z tych wątków ukazany został zbyt minimalistycznie i chaotycznie. Finał sezonu sprawia wrażenie wymuszonego, nielogicznego i pozbawionego sensu, znacznie obniżając poziom artystyczny całej serii.

Warto również zauważyć zmianę w samym Doktorze, który coraz częściej przypomina Sherlocka (tak! To również "dziecko" Moffata), stając się postacią wielowymiarową oraz balansującą na granicy etyki i moralności. Władca Czasu popada przy tym wielokrotnie w bezduszność i wyrachowanie, wybierając sobie osoby, które chce uratować (poświęcając przy tym niejednego współtowarzysza przygód). Świętnym przykładem chwilowego zapomnienia i dobroczynności Gallifreyczyka jest zmartwychwstanie Ashildry/Ja (wyjaśniono przy tym pochodzenie twarzy obecnej reinkarnacji), które później okazuje się gwoździem do trumny jednego z bohaterów. Nie bez znaczenia jest również fakt, że Doktor ponownie jest równie empatyczny i ciepły, jak Antoni Macierewicz, co rzutuje na jego skomplikowane relacje z innymi postaciami.

Najnowsza seria doskonale prezentuje się również pod względem wizualnym, dzięki czemu na ekranie oglądamy zjawiskowe i zapomniane przez fanów Gallifrey i Skaro; klimatyczną i magiczną uliczkę, pełną osobliwych postaci (wyraźne inspirowano się ulicą Pokątną w Harrym Potterze) oraz solidne efekty specjalne, jak to było w wypadku Heaven Sent. Twórcy kreatywnie i z polotem prowadzili również narracje dziewiątej serii, dzięki czemu kolejne odcinki pełne są zaskoczeń, nieoczekiwanych zwrotów akcji oraz rewolt. Niewątpliwy wpływ na odświeżenie serialu miało również przywrócenie podwójnych odcinków, które pozwoliły na rozbudowanie wielu wątków fabularnych.

Capaldi w dziewiątej serii Doktora Who wyraźnie już otrzaskał się z rolą – stworzył postać, którą trudno polubić, niesympatyczną, zgryźliwą, diabelsko inteligentną i sprytną, ale także zagubioną, szukającą ucieczki od samotności, przez co popada czasem w paranoję. To cudowna odmiana; wszyscy kochali Matta Smitha, wielu dotąd wzdycha za Davidem Tennantem, nawet Eccleston ma spore grono fanów, jednak Doktor w kreacji Capaldiego długo nie mógł przekonać do siebie widzów. Tu widać odmianę: jego antypatyczny bohater zyskał ogromną głębię, fascynuje. Nie należy zapominać o Jennie Coleman, której Clara z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej przypomina Rose, a czasem nawet samego Doktora. Ich wzajemne relacje zbudowane są na wzajemnej fascynacji (jednak nie seksualnej) i szacunku, które sprawiają, że swoje przygody przeżywają z niebywałą pasją, szaleństwem i uśmiechem na twarzy. Po Face the Raven na pewno wzrosła również sprzedaż chusteczek higienicznych, bowiem twórcy zaserwowali Clarze godne, ale przy tym wyjątkowo tragiczne i przygnębiające pożegnanie. Kto zostanie następną towarzyszką/towarzyszem Władcy Czasu? Czy dorówna Coleman? Aktorka poprzeczkę powiesiła baaaaaaardzo wysoko!

To była dobra seria z dwoma słabymi punktami – Sleep No More i Hell Bent, klimatycznymi, efektownymi odcinkami, które jednocześnie nie miały zbyt wiele sensu. Tym bardziej dziwi, że oglądalność spadła do najniższego od lat poziomu. Niemniej, dziewiąta seria Doktora Who to zdecydowanie najciekawsze przygody Władcy Czasu od lat, które po prostu każdy Whomaniak musi zobaczyć!

Korekta: Joanna Biernacik

Ocena 9/10



blog comments powered by Disqus