Recenzja jubileuszowego odcinka "Doctora Who"

Pomimo 50-lat serialu Doctora Who jego twórcy nie przestają zaskakiwać swoich widzów. Czytając kolejne wypowiedzi gwiazd oraz producentów jubileuszowego odcinka The Day of the Doctor, należało spodziewać się czegoś nadzwyczaj imponującego, fascynującego oraz całkowicie zmieniającego historię uniwersum Doctora. I tak właśnie było! Jednak czy twórcy nie przekroczyli cienkiej granicy pomiędzy fabularnym geniuszem a niezrozumiałym bełkotem?

W odcinku z okazji 50-lecia serialu, Doctorzy rozpoczynają swoją największą przygodę. Jednocześnie obserwujemy, jak w 2013 roku coś strasznego budzi się w londyńskiej Galerii Narodowej, w 1562 roku w elżbietańskiej Anglii szykuje się morderczy spisek na życie królowej, a gdzieś w przestrzeni kosmicznej Wojna Czasu osiąga druzgocący poziom. Cała rzeczywistość jest zagrożona, gdy niebezpieczna przeszłość Doctora powraca, by go prześladować…

Steven Moffat w scenariuszuThe Day of the Doctor postanowił zmierzyć się z tajemniczą Wojną Czasu pomiędzy Gallifreyczykami a Dalekami. Jak mawiał Alfred Hitchcock: „Film jest zły wtedy, jeśli ktokolwiek z publiczności chociaż na chwilę może odwrócić oczy od ekranu”, dlatego scenarzyści odcinka specjalnego w iście hitchcockowskim stylu zaczęli od „trzęsienia ziemi”, by później sukcesywnie budować napięcie aż do zaskakującego finału. Umiejętnie oscylowali pomiędzy klasyczną konwencją serialu opartą na wyobraźni widzów, nieco kiczowatej stylistyce i charakterystycznym brytyjskim poczuciu humoru a pełnym rozmachu, widowiskowym kinie akcji. Moffat przez cały seans usiłował jednak zdecydowanie przesadnie podkreślić wyjątkowość jubileuszowego odcinka, który miał być jak Hollywoodzki sequel, wszystko musiało być w nim „lepsze, mocniejsze i zabawniejsze”.

The Day of the  Doctor przede wszystkim cechował odniesieniami do kluczowych bohaterów i wydarzeń z 50-letniej historii serialu. Tylko widz dokładnie znający uniwersum Władcy Czasu był w stanie zrozumieć fabułę jubileuszowego odcinka. Moffat, tworząc swoją „Doctorową rewolucję”, wprowadził pewne skróty myślowe oraz kontrowersje fabularne. W świecie tego bohatera wszystko jest możliwe, jednak pewne rozwiązania zaproponowane przez scenarzystę okazały  się nad wyraz niejasne i skomplikowane. Nawet najbardziej świadomy widz wielokrotnie nie był w stanie zrozumieć wydarzeń rozgrywających się na ekranie (prawdopodobnie  z powodu nadmiernego przeładowania odcinka w wątki). Twórcy, budując  jubileuszową mozaikę, wpletli w odcinek trzy równoległe oraz przenikające się czasoprzestrzenie, w których zdecydowanie najsłabiej prezentowała się walka bohaterów z nijakimi i nieprzekonywającymi w porównaniu do Daleków, Zygonami. Zdecydowanie najciekawiej wypadł motyw rozterek moralnych oraz konflikt wewnętrzny Doctora dotyczący zniszczenia Gallifrey. Kwintesencję jubileuszowego epizodu stanowiło jednak niezapomniane i fascynujące spotkanie trzech Doctorów, prezentujących zupełnie odmienne charaktery oraz etapy metamorfozy głównego bohatera.

Największym problemem The Day of the Doctor okazało się pozbawienie serialu aury tajemniczości związanej z Wojną Czasu oraz jej drastycznym finałem. Zagłada Gallifrey pozostawiała rysy na nieskazitelnym obliczu Doctora, odsłaniała mroczne oblicze Władcy Czasu oraz przede wszystkim tworzyła pewien kontrowersyjny, wielowymiarowy  obraz głównego bohatera jako nie tylko obrońcy Wszechświata, ale także bezwzględnego pana życia i śmierci. Niestety, rozwiązania zaproponowane przez Moffata w znacznym stopniu spłyciły serial, kreując tą postać na idealnego baranka bez skazy.

Szczególną zaletą jubileuszowego odcinka były genialne kreacje aktorskie Matta Smitha, Davida Tennanta oraz Johna Hurta jako kolejnych wcieleń Doctora. Debiutujący w roli Władcy Czasu Hurt nadał The Day of the Doctor pewien dramatyczny i złożony charakter. Tennant to natomiast geniusz komedii oraz intelektu, a główny bohater w interpretacji Smitha stał się dużym, zmiennym, nieprzewidywalnym dzieciakiem. Serialowe spotkanie tych niezwykle utalentowanych artystów było również źródłem niesamowitego brytyjskiego poczucia humoru, związanego przede wszystkim z zestawieniem ich stylów aktorskich oraz przekomicznego porównywania się Doctorów ze sobą.

Odcinek The Day of the Doctor z założenia miał na zawsze  zmienić oblicze serialu. Steven Moffat zrealizował dzieło wielowymiarowe, intrygujące, zaskakujące, komiczne i przede wszystkim godne swojego jubileuszu.  Niemniej, wielu z nas z pewnością zada sobie pytanie, po co te wszystkie skomplikowane rewolucje fabularne? Czy może właśnie nieco kontrowersyjny wizerunek Władcy Czasu jako kata dwóch nacji nadawał współczesnym seriom Doctora Who pewnego unikatowego i niejednoznacznego kolorytu? Jak zawsze w przypadku tego bohatera, czas pokaże.

P.S. Pomimo pewnych kontrowersji dotyczących pisowni tytułu Doctor Who, nadal konsekwentnie stosuję formę "Doctor" zamiast "Doktor". Mój wybór nie jest błędem, co potwierdza wypowiedź najwybitniejszego polskiego językoznawcy, którego poprosiłem o ustosunkowanie się do tej kwestii. Profesor Jan Miodek powiedział: "Napisałbym raczej Doktor Who, ale - z drugiej strony - człon Who jest tak wyraźnie obcy, że w jego obecności ów Doctor przez "c" mnie specjalnie nie razi."


blog comments powered by Disqus