"Doktor Who: Powrót Doktora Mysterio". Recenzja świątecznego odcinka specjalnego.

No to lecimy!

Tym razem musieliśmy długo czekać na powrót Doktora – od Bożego Narodzenia ubiegłego roku aż do tegorocznego. Ale tak jak każde święta są jakoś połączone z poprzednimi i kolejnymi, tak i Powrót Doktora Mysterio jest pomostem między tym, co było, a tym, co będzie – a przy tym lekką, przyjemną historią, w sam raz na święta.

Już od dawna wiedzieliśmy, że i tym razem Steven Moffat sięgnie po ważną, archetypową opowieść naszych czasów – po Opowieści wigilijnej, Sherlocku Holmesie, Opowieściach z Narnii i, cóż... Alienie przyszedł czas na Supermana. Fani mieli sporo czasu, by pogłowić się, jak, u licha, twórcy zamierzają połączyć Doktora Who – który sam jest trochę superbohaterski, ale miejscami zupełnie temu etosowi przeczy – z taką twardą klasyką, jaką są przygody kosmity z Kryptona. Ale bez obaw. Po tylu latach obserwowania działalności Moffata możemy spokojnie założyć, że potrafi to zrobić. Zaufajmy mu więc, rozsiądźmy się wygodnie, zgromadźmy wokół siebie resztki świątecznych słodyczy i dajmy się porwać historii, którą doskonale znamy.

Odcinek wrzuca nas do współczesnego Nowego Jorku, w którym tajemnicza naukowa instytucja kombinuje i knuje, bystra dziennikarka prowadzi śledztwo, a uroczy okularnik pracuje jako niania. Nad miastem czuwa zaś tajemniczy Duch – latający i powiewający pelerynką superbohater – niezniszczalny, niepowstrzymany, zawsze obecny, gdy tylko gdzieś rozwyją się policyjne syreny lub z hałasem przejedzie ambulans. Co się wydarzy? Ani nie zamierzam zdradzać, ani nie potrzebuję – znamy to przecież, wiemy, co będzie dalej. Mogłabym to przedstawić jako zarzut, ale baśnie tak mają, że możemy ich słuchać wiele razy i zawsze znajdziemy w nich coś nowego. Tak samo jest z baśniami, po które sięga Doktor Who.

Odcinek jest pomostem między Mężami River Song (poprzednim odcinkiem świątecznym)a 10 serią, której doczekamy się na wiosnę. Łączników jest kilka. Pojawiają się fabularne nawiązania, jest powiedziane wprost, ile czasu minęło (choć nietrudno byłoby się tego domyślić), sięgamy zarówno do wątku River Song sprzed roku, jak i – w mniejszym stopniu – do innych związanych z Nowym Jorkiem postaci... Doktor znów jest w żałobie, bo jak to w Whoniversum często bywa, Boże Narodzenie to czas i radości, i smutku, moment zwycięstwa światła nad ciemnością. Coś się w nas i w świecie wokół przełamuje i możemy z podniesioną głową iść dalej. Smutek Dwunastego nie jest gniewem Dziesiątego po stracie Rose ani zupełnym załamaniem Jedenastego po Pondach, ale bardziej dojrzałym, powolnym godzeniem się ze stratą, której nie dało się uniknąć. Żal nim nie kieruje, ale jest obecny w tle, kontrastując z resztą fabuły, znacznie lżejszą i radośniejszą. Jeśli oczekujecie wielkiego dramatu lub napięcia, które będzie się utrzymywać przez cały odcinek, to srogo się zawiedziecie – nie ma tam tego. Nie jest to opowieść zbudowana na grozie czy poczuciu prawdziwego zagrożenia, lecz skupiona na znanym wzorcu – z pełną świadomością twórców, że widzowie już to oglądali, bo ciągle porozumiewawczo do nich mrugają. My wiemy, że wy wiecie, że my wiemy!

Istotna jest też postać Nardole’a, którego wprawdzie już znamy, ale bliżej mu do przyszłości niż przeszłości. Wiemy o nim od dawna, że będzie w 10 serii częstym gościem, a może wręcz regularnym towarzyszem. Jako niania Doktora sprawdza się w tym odcinku wzorowo – rozumie go i wiernie za nim podąża, ale potrafi też go przejrzeć i naprostować, co daje nadzieję na ciekawą dynamikę w nowej serii.

Nie warto więc może nastawiać się na ekscytującą fabułę, ale mam nadzieję, że – podobnie jak ja – wypatrzycie w tym odcinku różne maleńkie powody do radości. Dla mnie było ich wiele. Zajęcie Granta i to, jak Lucy żarliwie go broni. Nielinearna konstrukcja odcinka – bo oczywiście musimy skoczyć w przeszłość. Subtelne wspomnienia o River. Opiekuńczość Nardole’a. Sushi, burger i ciasteczka z czekoladą. Okulary czyniące bohatera i Lucy z brutalnością znęcająca się nad gumową zabawką (i to, co ta zabawka zdaje się zapowiadać). Duch mówiący teatralnym, niskim głosem i zabawa z podwójną tożsamością bohatera. To, że odcinek nawiązuje nie tylko do filmów z Christopherem Reeve’em, ale całej kultury superbohaterskiej  także innych bohaterów i komiksów. I to, skąd wziął się tytuł, co w tym odcinku jest najbardziej meta. Nie wiem, czy wiecie, ale Doctor Mysterio to... meksykański tytuł Doctora Who, który niesamowicie spodobał się Peterowi Capaldiemu. Aktor świetnie się bawił, wypowiadając go z wielką emfazą, więc Steven Moffat nazwał tak odcinek, by ten mógł to robić jeszcze częściej.

Można się tym odcinkiem owinąć jak ciepłym kocykiem i na godzinę odpłynąć do baśniowego świata ukrytego między nowojorskimi wieżowcami. Wiemy, że wszystko potoczy się tak, jak powinno, a gdy historia zakończy się happy endem, można razem ze swoimi smutkami wskoczyć do TARDIS i polecieć... w pełną nadziei przyszłość, bo zaraz po odcinku pojawia się zwiastun 10 serii. „See the universe anew”, mówi nam Steven Moffat, wpisując się w to, co ostatnio zapowiedział – że wbrew temu, co wszyscy zakładają, nie zamierza odchodzić z hukiem i domykać wszystkich wątków (jak zrobił to Russell T Davies), tylko pokazać w swojej ostatniej serii nowy początek. Szybki przelot przez przygody Doktora, Bill i Nardole’a właśnie taką nowość i świeżość nam pokazuje, możemy więc spokojnie i z uśmiechem zabrać się za wyczekiwanie nowej serii – przecież takie czekanie jest jednym z najbardziej ekscytujących fanowskich zajęć.

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus