Przynieście mi głowę Doktora, czyli Boże Narodzenie z River Song. Recenzja świątecznego odcinka specjalnego „The Husbands of River Song”

Gdy od wigilijnej ryby i kutii zaczynamy powoli przechodzić do sałatek i ciast, nastaje idealny moment, by zgromadzić krewnych i znajomych wokół zastawionego stołu, włączyć telewizor i pokazać fajny film albo odcinek serialu, który jest nam szczególnie bliski i pasuje do świątecznej atmosfery. Dzięki uprzejmości BBC fani Doktora Who od dokładnie dziesięciu lat mają możliwość co roku przenieść się wraz z bliskimi do krainy czarów w specjalnym odcinku kręconym właśnie z intencją wyświetlenia go w Boże Narodzenie.

Dotychczas otrzymywaliśmy różne historie: od Christmas Invasion, który przedstawiał nam Dziesiątego Doktora po The Time of the Doctor, w którym żegnaliśmy się z Jedenastym; od przesłodzonego The Doctor, the Widow and the Wardrobe po ponury thriller Last Christmas; od niemalże filozoficznego Christmas Carol po epicką The Voyage of the Damned. W tym roku natomiast dostaliśmy trochę śmiechu, trochę łez i sporo przygody – idealną świąteczną mieszankę.

Jeszcze latem BBC ujawniło, że w Boże Narodzenie do Doktora Who powróci River Song – kontrowersyjna, ale powszechnie lubiana jednak bohaterka, małżonka Doktora i córka jego byłych towarzyszy, z którą główny bohater spotyka się nieregularnie i w losowej kolejności, co sprawia, że ich relacja jest poplątana do granic możliwości. Pierwszy raz zobaczyliśmy ją w odcinkach Silence in the Library i Forest of the Dead, gdzie natknęła się na Dziesiątego Doktora. Jego i widzów połączyło wówczas zadziwienie i fascynacja kobietą, która zjawia się nie wiadomo skąd, zdaje się być wysłannikiem z przyszłości, wiedzącym o Doktorze więcej, niż on sam wie o sobie, a jest przy tym bystra, przebojowa, bardzo odważna... i skłonna do oddania życia za Doktora. Niezły początek, prawda? Gdy stery serialu przejął Steven Moffat, stwórca River, Doktor zaczął natykać się na nią dosyć często, by w końcu ją poślubić – choć na temat ważności ich małżeństwa toczą się spory, gdyż zawarte zostało w nietypowych okolicznościach. Gdy zaś ostatnio ją spotkaliśmy, w The Name of the Doctor, była... duchem. Wielu fanów Doktora Who nie spodziewało się, że po tylu pożegnaniach River wróci jeszcze do serialu, więc jej kolejne pojawienie się było filarem reklamy świątecznego odcinka. Jeśli śledzicie newsy ze świata Doktora, to na pewno w którymś momencie mieliście już dość kolejnych wywiadów z Alex Kingston, w których rozwodziła się nad tym, jak cudownie było wrócić na plan i współpracować z Peterem Capaldim...

No właśnie, dla wielu fanów to było najbardziej interesującą kwestią: widzieliśmy River z Dziesiątym, który jej nie rozpoznawał, potem z Jedenastym, z którym tworzyła zgrany duet. Jak River będzie się współpracować z Dwunastym, w którego rolę wciela się aktor bliższy jej wiekiem niż Matt Smith (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie)?

Okazało się, że przypuszczenia (czy raczej nadzieje) fanów się ziściły – otrzymaliśmy odcinek niezwykły. Od tego momentu mogą się zdarzyć SPOILERY, więc jeśli ktoś nie oglądał, to może powinien czytać jednym okiem. Postaram się jednak nie napisać niczego, co mogłoby zepsuć radość z oglądania.

Odcinek zaczyna się dokładnie tak, jak powinien: wąskie uliczki uroczego miasteczka, kolęda śpiewana przez chór, zasypana śniegiem TARDIS i ostrzeżenie, że kolędnicy zostaną skrytykowani – w kilkanaście sekund równocześnie wrzuca nas w zimowy klimat i przypomina główną cechę Dwunastego Doktora. Gdyby mało nam było śniegu, sopli i ozdób na ulicach, które łudząco przypominają te, które my możemy zobaczyć w naszych miastach (choć akcja rozgrywa się w ludzkiej kolonii w dalekiej przyszłości, to jednak Boże Narodzenie zawsze wygląda tak samo), atakuje nas przepiękne, śniegowe intro, z TARDIS lecącą przez kosmiczną śnieżycę. Kto nie westchnął tęsknie na ten widok? A do tego bombki zamiast planet i nazwisko Alex Kingston zaraz po Capaldim! Nawet moje zmarznięte i lekko sceptyczne serduszko w tym momencie zaczęło tajać. Nie dajmy się jednak zmylić; odcinek z Bożym Narodzeniem nie ma zbyt wiele wspólnego, świąteczne wątki pojawiają się na początku i na końcu, w środku mamy natomiast, jak przypuszczam, typowy dzień z życia River Song.

Można się czasami natknąć na głosy krytyki, że River nie ma życia poza Doktorem, bo cały jej życiorys kręci się wokół niego i niewiele wiemy o tym, co robi, gdy jego nie ma w pobliżu. Ten odcinek stanowi niezłą ripostę, widzimy bowiem River, która rozrabia sobie w najlepsze i nie przechodzi jej przez myśl, że może znowu wpaść na Doktora ot tak, w środku jakiejś swojej misji; niekoniecznie też jest jej potrzebny dokładnie on... To bardzo ciekawe i nowe, móc zobaczyć, jak działa samodzielnie, ze swoimi własnymi towarzyszami, sprytna, uwodzicielska i pozbawiona skrupułów. Ma zupełnie inne standardy niż Doktor. Nie uważa, by potwory zasługiwały na drugą szansę; jej zdaniem potwory zasługują na sprawiedliwość, a jeśli jest w tym jeszcze drobny zysk dla wyjątkowo niecierpliwego archeologa...? Jak dowiadujemy się mimochodem, dla niej wydarzenia z Aniołami na Manhattanie i pożegnaniem Pondów to bardzo świeża historia i nie przypuszcza, że może spotkać inkarnację Doktora, której nie uwzględnia jej prywatny przewodnik po jego twarzach. Wynika z tego w odcinku wiele żartów, a muszę przyznać, że warstwa humorystyczna wyjątkowo do mnie tym razem przemówiła, choć przy całej mojej miłości do Stevena Moffata nie mam trochę zaufania do jego poczucia humoru... Tym razem było jednak przezabawnie – bo i River była urocza w swoim profesjonalizmie archeologa/złodzieja/mistrzyni przekrętu, i Doktor, u którego nad urazą przeważało rozbawienie, i właściwie sam temat odcinka, z królem-cyborgiem i zamieszaniem wokół jego głowy, odrobinę makabryczny i mocno absurdalny.

Bo jak to zwykle bywa, Doktor zostaje wrzucony w środek niecodziennej sytuacji. Jest ona jednak dość problematyczna również na poziomie osobistym: mianowicie jego żona nie dość, że zdaje się go nie rozpoznawać, to jeszcze potrzebuje pomocy, bo umiera jej... mąż. Z Doktora wychodzi chyba nagle monogamista, co na tle jego historii jest odrobinę zaskakujące. Ale ten odcinek ma też na celu dobitnie nam wykazać, że przykładanie do Władcy Czasu naszych skostniałych standardów to nieporozumienie. On jest kosmitą. Pamiętajmy o tym, bo nie zrozumiemy jego postępowania, motywacji i emocji, jeśli pominiemy ten fakt.

Na innym poziomie można jednak zaśmiać się, gdy dociera do nas, dlaczego na początku ma on na głowie rogi...

Główny zły odcinka, król-robot w wielkiej czerwonej zbroi, mógłby się wydawać dla Doktora kiepską konkurencją, zwłaszcza że wszystko okazuje się mieć drugie, trzecie i czwarte dno. Jednak Dwunasty sporą część pierwszej połowy odcinka uroczo się dąsa i odstawiałby pewnie sceny zazdrości, gdyby ktokolwiek się nimi przejął. Fakt, że twoja żona zdaje się cię nie poznawać, może trochę podkopać męskie ego, zwłaszcza kiedy jeszcze okoliczności zmuszają cię do wygłoszenia antyimperialistycznej przemowy, a twoje wpadnięcie w problematyczną sytuację obserwują na ekranie miliony wyznawców twojego pacjenta. Odrobinę niezręcznie, Doktorze? Może czas się dokwalifikować...

Odcinek jednak nie jest ani tak prosty, ani tak jednolity, tak jak Święta nie są nigdy tak po prostu czasem radości i rodzinnego ciepła. Stopniowo atmosfera się zmienia i od beztroski River, planującej sobie z uśmiechem transakcję, przechodzimy do dramatycznych scen środka, katastrofy i melancholijnego zakończenia, kiedy nagle zostaje wykorzystana okazja, by w przejmujący (choć może, zwłaszcza na samym końcu, zbyt cukierkowy) sposób odnieść się do kwestii, która była nam znana od dawna, ale pozostawała jednak w sferze niedopowiedzenia. Tu wreszcie możemy się dowiedzieć, co się stało, i choć oczywiście nie widzimy wszystkiego, to można się spierać, czy rzeczywiście potrzebowaliśmy to zobaczyć, czy lepiej byłoby, gdyby wątek pozostał gdzieś na marginesie fabuły serialu.

Czego dowiedzieliśmy się z tego odcinka? Przede wszystkim zobaczyliśmy dokładniej, że podczas gdy Doktor krąży wokół współczesnej Ziemi, placem zabaw River jest raczej daleka przyszłość – epoka wielkiego ludzkiego imperium, ogromnej różnorodności ras i form, gdzie absolutnie wszystko jest możliwe, a niecierpliwy archeolog nie zazna ani dnia nudy. Świat Doktora to ratowanie wszechświata i kolejne najazdy kosmitów na XXI-wieczną Ziemię. River Song odnalazłaby się w świecie Star Treka albo Gwiezdnych wojen – pełnym ruchliwych kosmicznych skrzyżowań, wielkich przekrętów, pościgów i ucieczek, gdzie dla każdej formy życia znajdzie się miejsce, gdzie nic już nikogo nie dziwi, gdzie wszystko rozmiarem i skalą znacznie przekracza to, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić z naszej dzisiejszej, ziemskiej perspektywy. Aż można poczuć zaskoczenie, że Doktor i River, mając tak odmienny styl, punkt widzenia, priorytety, nawet zasady moralne, mogą tworzyć tak zgraną parę, w której zażyłość, mimo tego, że spotykają się tak rzadko i zawsze podczas jakiegoś wielkiego kryzysu, łatwo jest nam uwierzyć. Ten odcinek był, w pewnym sensie, kolejnym pożegnaniem z River, ja mam jednak nadzieję, że nie ostatnim jej występem w serialu. Każda noc może być ostatnią, każde spotkanie może być ostatnim, zwłaszcza gdy w grę wchodzą dwie bardzo kręte ścieżki... Ale chciałabym, że Doktor i River jeszcze na siebie wpadali, nie tylko w innych mediach (wiecie, że istnieją słuchowiska o River i Ósmym Doktorze?), ale też w samym serialu, bo nic nie zastąpi nam Alex Kingston z jej burzą włosów, energicznymi ruchami i lekko przerysowaną grą aktorską, która tak pasuje do konwencji serialu.

Kończą się powoli pierniczki, po pierogach zostało wspomnienie, skończyła się też dziewiąta seria Doktora Who. Co przed nami? Jeszcze nie wiadomo. Ja na razie nie wierzę plotkom i czekam na pełną serię w przyszłym roku, z Peterem Capaldim i może nowym towarzyszem. Z Capaldim, który częściej będzie miał okazję śmiać się głośno, z nowymi postaciami, w których mniej będzie dramatyzmu, a więcej świeżości, zachwytu i radosnego pędu ku kosmicznym przygodom.

Korekta: Katarzyna "K." Nowacka

Więcej znajdziesz na:


blog comments powered by Disqus