Recenzja filmu "Dogville"

Autor: Josephine

Teatralne miasteczko o zwierzęcej naturze

Dogville to opowieść w dziewięciu rozdziałach z prologiem. Innymi słowy jest to kolejny eksperyment Larsa von Triera, który postanowił połączyć świat filmu z elementami rodem z desek teatru. Skandynawski reżyser znany jest ze swojego upodobania do zabawy formą i zaskakiwania kontrowersyjnymi produkcjami. W tym wypadku ryzykowny test tolerancji widzów na kolejną, wychodzącą poza schemat wizję kina, zakończył się kasowym sukcesem. Jednak „miasteczko psów” może wzbudzić równie skrajne odczucia, co sama postać Von Triera.

Fabuła filmu jest dość prosta – tajemnicza piękność, uciekając w popłochu przed gangsterami, trafia do spokojnego, ogarniętego rutyną i tradycją miasteczka u zbocza gór. To malownicze miejsce okazuje się być jedynym, w którym zrozpaczona dezerterka  bezpiecznie może się zatrzymać i uchronić przed nieszczęściem. Jednak na anonimowość i zaufanie mieszkańców, główna bohaterka będzie musiała z trudem zapracować. Praca, za którą zapłatą ma być akceptacja, wydaje się być szczególnym wyzwaniem, gdyż początkowo nikt niczego nie potrzebuje od nieznajomej. Jednak alabastrowe, nieskalane ciężką pracą ręce Grace, dość szybko znalazły zastosowanie w morzu drobnych potrzeb. Spektrum obowiązków okazało się być szerokie – poczynając od orania zaniedbanej ziemi, poprzez zajmowanie się gromadką niesfornych urwisów a kończąc na leczeniu hipochondrii jednego z nowych przyjaciół. Syzyfowy wysiłek zdaje się narastać w niekontrolowanym tempie. Początkowo kobieta o nieskazitelnej urodzie nie wzbudzała zachwytu wśród lokalnej społeczności, lecz zjednanie sobie sceptyków i uzyskanie pozornej akceptacji zajmuje jej mniej czasu, niż mogło się wydawać . Wliczając w to zawładnięcie uśpionych serc męskiej części miasta. Już po chwili w powietrzu wisi pożądanie a zwierzęce instynkty zaczynają wychodzić na światło dzienne i kolejni mieszkańcy są demaskowani w obliczu nowej sytuacji.

Tytułowe miasto jest skupiskiem różnych jednostek, z których każda wydaje się być  na swój sposób wyjątkowa, lecz niewystarczająco wyrazista, by przyciągnąć naszą uwagę na dłużej. Przykładowo poznamy Paula Bettany w roli Toma, bujającego w obłokach pisarza o refleksyjnej naturze, a Patricie Clarkson w roli Very – przesadnie uczuciowej, wzorowej matki. Jednak to główna bohaterka stanowi tchnienie życia w nostalgicznym Dogville, niespodziewanie przerywając mozolną egzystencję amerykańskiej mieściny. Anielska aparycja Nicole Kidman w filmie Larsa von Triera doskonale komponuje się z zagadkową, podejrzanie idylliczną osobowością Grace. Łagodne usposobienie bohaterki okaże się jej przekleństwem, a zaufanie lontem, który w błyskawicznym tempie doprowadzi do detonacji najgorszych, ludzkich instynktów i zachowań. Postać ta przywodzi na myśl rolę upadłego anioła,któremu zarówno nieprzychylne otoczenie, jak i wewnętrzne, skrzętnie ukrywane zepsucie, podcięły skrzydła. Zinterpretować ją można jako  alegorię człowieka, który niczym tytułowy pies - potrafi być poczciwy i przyjacielski, lecz prędzej czy później ukaże swoją dziką, mroczną i egocentryczną naturę.

Film jest wizualizacją pełnej skrajności Ameryki Północnej. Dogville stanowi pierwszą część trylogii dotyczącej przede wszystkim Stanów Zjednoczonych, na którą składają się również Manderlay (2005) i Washington. Niestety ostatnia, trzecia część nie została jeszcze zrealizowana. Warto nadmienić, że twórca Tańcząc w ciemnościach, przed nakręceniem wyżej wymienionych filmów, nigdy nie był w Ameryce Północnej, a krytycy Dogville zarzucają mu kierowanie się stereotypami. Nie zmienia to faktu, że umiejscowiona w latach trzydziestych historia nie potrzebuje dopełnienia w postaci wymyślnej scenerii, by przekonać widza, że wszystko ma miejsce w malowniczym, amerykańskim miasteczku. Tutaj domy oddzielone są umowną, białą linią a liczba rekwizytów na planie ograniczona jest do minimum. Również sposób, w jaki zostały zrealizowane ujęcia ma zapobiec koncentrowaniu się na szczegółach, mogących zaciemnić panoramę całego obrazu. Muzyka z kolei, nie wychodzi na pierwszy plan i jedynie subtelnie akompaniuje następującym po sobie scenom. Zabiegi te mają pomóc skoncentrować się na meritum produkcji, czyli na warstwie psychologicznej.

Lars von Trier przedstawia nam wciągające studium natury ludzkiej, zamknięte w 178 minutach. W tym czasie widz będzie miał okazję zapoznać się z całą gamą emocji – pozna blady strach malujący się na twarzy Grace, lecz ujrzy również intensywnie połyskujące, pełne złości i nienawiści oczy miejscowej ludności. Bo to emocje, słowa i gesty tworzą sens tego tragicznego spektaklu. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że przerysowane i groteskowe zachowania są bardziej teatralnym przedstawieniem, niż wiernym odwzorowaniem rzeczywistości. Treść, wedle zamierzeń reżysera, przerasta tu formę, a dla widzów szukających wymyślnych elementów scenerii, zniewalających zdjęć i kadrów rodem z ekranizacji powieści fantasy, mam smutną wiadomość – tu tego nie znajdą. Jednak z pomocą wyobraźni będą w stanie odnaleźć w Dogville znacznie więcej.


blog comments powered by Disqus