Antyutopijne deja vu

plakat filmu Antyutopijne deja vu

Od połowy dziewiętnastego wieku, kiedy to wykształcił się gatunek literacki nazwany później science-fiction, zarówno pisarzy jak i czytelników nawiedziły niesamowite wizje świata przyszłości. Poza niewielkimi wyjątkami były to obrazy antyutopijne, gdzie ludzkość z własnej woli i winy podążała do nieuniknionej autodestrukcji lub tworzyła świat tylko pozornie szczęśliwy. Kiedy, określany mianem jednego z bardziej utalentowanych brytyjskich młodych twórców, Neil Marshall podjął się zadania dołożenia swojej cegiełki do stosu antyutopijnych scenariuszy, mogło się to wydawać zadaniem karkołomnym. Od dawna bowiem żaden filmowiec nie powiedział w temacie nic nowego.

Już na wstępie trzeba przyznać, że nowemu obrazowi Marshalla daleko do nowatorstwa innych Brytyjczyków zasłużonych dla literackiej odmiany science-fiction. H.G. Wells i Aldous Huxley z pewnością nie zaaprobowaliby zadziwiającej wtórności Doomsday. Miejscem akcji filmu jest Wielka Brytania, gdzie rozprzestrzenia się śmiertelny wirus, zbierający krwawe żniwo liczone w milionach ofiar. Rząd brytyjski wpada więc na pomysł odcięcia Szkocji, gdzie choroba wydaje się mieć swoje epicentrum, od reszty Wysp czymś w rodzaju nowoczesnego Muru Hadriana. Jednak zamiast cegieł składają się nań karabiny, żołnierze, miny i helikoptery. Nikt nie wchodzi, nikt nie wychodzi. Kiedy jednak w trzydzieści lat po tych wydarzeniach satelita zauważa na terenie uznanym za wymarły ludzi, rząd widzi w tym szansę na stworzenie antidotum na chorobę, która ponownie atakuje Londyn. W celu dostarczenia leku za Mur wysłana zostaje major Elen Sinclair wraz z oddziałem.

Gdy docierają do Szkocji, można mieć wrażenie filmowego deja vu. Ucieczka z Nowego Jorku miesza się z 28 Dni Później, by zmienić się w Mad Maxa. A to tylko najbardziej rzucające się w oczy przykłady. Wyludnione ulice wielkiego miasta przypominają obraz Carpentera, opętani szałem mieszkańcy są jak zombie z filmu wspomnianego powyżej, a w portrecie ich barbarzyńskich zabaw brakuje tylko Tiny Turner i Kopuły Gromu w tle. Ciekawym pomysłem jest za to zróżnicowanie ludności mieszkającej poza Murem. W filmowej Szkocji można więc spotkać wspomnianych już dzikusów - żadnych mordu i igrzysk kanibali dowodzonych demonicznego Sola. Przypominają miejski gang rządzony twardą ręką szaleńca, niszczący wszystko, co znajdzie się w zasięgu wzroku. Pewną opozycją jest dla nich lud pod wodzą doktora Kane’a. Oprócz dość oczywistego faktu, że w skłonności do bitewnego amoku i przemocy nie odbiegają znacznie od swoich pobratymców, istnieje między nimi zasadnicza różnica. Kane odrzucił wszelakie zdobycze cywilizacji i zaproponował swoim poddanym średniowieczne warunki życia. Ren Faire, bo tak się zwie owe „plemię”, mieszka w zamkach, posługuje kuszami i przywdziewa zbroje. Elen Sinclair i jej żołnierze znajdują się pomiędzy młotem a kowadłem.

Marshall znakomicie wykorzystuje utarte schematy fabularne znane z tysięcy innych filmów, jednak w tym przypadku nie jest to powód do pochwał, gdyż Brytyjczyk zdążył przyzwyczaić widza do ciekawszych i bardziej ambitnych projektów. Doomsday ogląda się jak kolejną papkę przesyconą rozbłyskami światła przy wybuchach i kakofonią dźwięków wydawanych przez karabin maszynowy. I choć Marshall raz po raz serwuje naprawdę twardą fantastykę i bezkompromisowy obraz człowieka sprowadzonego do roli drapieżnika zmuszonego walczyć o swoje w bezlitosnym świecie, to zupełnie niepotrzebnie miesza wymienione powyżej elementy z zagraniami typowymi dla Hollywood, tandetnym efekciarstwem i teledyskowym montażem.

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus