Manifestacja zmarnowanej szansy - recenzja "Egzorcyzmów Dorothy Mills"

plakat filmu Manifestacja zmarnowanej szansy - recenzja "Egzorcyzmów Dorothy Mills"

Chcąc powitać lato zgodnie ze starymi celtyckimi zwyczajami, potrzebne będzie nam kilka składników. Zgodnie z instrukcją, najpierw należy wybrać się do lasu po pokaźny stos suchych patyków i badyli. Potem skrzyknąć znajomych, zbudować kilkumetrowej wysokości kukłę i wybrać, najprawdopodobniej przymusowego, ochotnika na ofiarę całopalną. Wrzucamy delikwenta, najlepiej unieruchomionego, do uprzednio pozostawionego otworu w naszym drewnianym bałwanku, podpalamy i wtedy pozostaje nam tylko delektować się krzykami. Jeśli mieszkasz na odizolowanej od świata wyspie, gdzie wszystkich obywateli łączy paranoja i patologiczna ksenofobia, powyższe będzie jeszcze prostsze do wykonania. Oczywiście, jeśli uwierzyć kinu i staremu brytyjskiemu filmowi grozy z muzycznym zacięciem The Wicker Man. Pomimo, że obraz Robina Hardy’ego wyprodukowany został prawie czterdzieści lat temu, jego związek z Egzorcyzmami Dorothy Mills jest aż nadto oczywisty.

W pierwszej kolejności „pochwalmy” polskich tłumaczy, którzy najwyraźniej lepiej od samych twórców wiedzą, o czym traktuje zrobiony przez nich film. Już wiele o sprawie napisano w różnych innych tekstach, nie zaszkodzi jednak powtórzyć, że egzorcyzmów w Egzorcyzmach… nie uświadczymy. Należą się brawa za kreatywność oraz wpis do „Księgi Bzdurnych Przekładów” zaraz za klasycznym Projektem: Monster, z którego to tytułu aż bije językowy kosmopolityzm. Tłumaczenie tłumaczeniem, co z samym filmem? Nieprzypadkowo pierwszy akapit traktuje o The Wicker Man, czy jak kto woli Kulcie (jedna z pozycji w "Księdze…"). Oba filmy, pomimo oczywistych różnic fabularnych, mają bowiem niemal bliźniaczą atmosferę izolacji i zagubienia, tak charakterystyczną dla rustykalnych regionów Wysp Brytyjskich, gdzie niedomówienia zdają się wisieć w powietrzu. W Egzorcyzmach… nikt jednak nie buduje olbrzyma z drewna, a dramat dzieje się w sumieniach społeczności, której sekrety odrywa przed widzem reżyserka Anges Merlet, otwarcie przyznająca się do czerpania garściami z klasycznego obrazu Hardy’ego.

Tak jak przed laty sierżant Howie przybywał na Summerisle, tak teraz psycholog Jane Van Dopp gości na jednej z irlandzkich wysepek. Pośród wiszących nad głową deszczowych chmur i zerkających z ukosa skał, stara się wyjaśnić sprawę niewygodną dla miejscowych i postawić fachową diagnozę. Otóż lokalne dziwadło, Dorothy Mills, oskarżono o próbę uduszenia dziecka, którym zajmowała się w ramach dorabiania do kieszonkowego. Ten swoisty anty-wzorzec naszych polskich au-pair zdaje się cierpieć na niezwykle rzadką chorobę psychiczną opisywana przez niektóre podręczniki jako „osobowość mnogą”, co wkrótce stwierdza pani doktor Van Dopp. Jak mówi sama reżyserka, psychologia i okultyzm w jednym śpią łóżku, stosunkowo łatwo więc było zasugerować widzowi, że może za stanem Dorothy kryje się coś więcej, niż tylko zaburzenie na tle nerwowym. Owo pytanie przez jakiś czas krąży w powietrzu, lecz niestety, po dłuższej chwili oczekiwania pozostaje wzruszyć ramionami, gdyż trudno wciągnąć się w akcję i odpowiedź na zadane pytanie przestaje najzwyczajniej w świecie interesować. Zygmunt Kałużyński powiedział kiedyś, że nie należy iść na skróty i kwitować filmu przymiotnikiem „nudny”, lecz w tym wypadku użycie tego słowa jest jak najbardziej zasadne. Irlandzki klimat, wręcz stworzony po to, by zaludnić go koszmarami z najdalszych zakamarków umysłu, w filmie Merlet kołysze do snu. Życzenia i prośby o niespodziewany twist fabularny, który nie raz i nie dwa ratował najgorsze chałtury, pozostały bez odpowiedzi. Ależ tak, zwrot akcji jest, lecz reżyserka traktuje oglądającego w jakby ten cierpiał na MPD (Multiple Personality Disorder) i gdzieś w środku seansu wysłał swoją dominującą osobowość po piwo i chrupki i powrócił dopiero na końcowe piętnaście minut. Merlet upewnia się kilkakrotnie czy aby na pewno zrozumieliśmy jej film, przedstawia rozwiązanie intrygi w sposób wręcz antyfilmowy, objaśniając krok po kroku wszystkie zakręty scenariusza nie wierząc w zachodzące procesy myślowe w mózgu odbiorcy, zdolnego samemu poskładać do kupy rozrzucone nie tak daleko od siebie puzzle fabularne.

Dzięki Agnes Merlet świat filmu wzbogacił się o kolejną utalentowaną aktorkę – odtwórczynię tytułowej roli, debiutantkę Jenn Murray. Dziewczyna znakomicie radzi sobie z niełatwą przecież rolą, przeobrażając się z kilkuletniego dziecka w nastoletnią, zbuntowaną pannę, by chwilę później rzucać bluzgami jako Duncan, przywódca lokalnej bandy. Oddać trzeba także honor autorce filmu za całkiem udany, choć nieco opatrzony, obraz zamkniętej małej społeczności, której mieszkańcy kiszą się we własnym sosie, a miejscowy pastor jest burmistrzem, nauczycielem i kapłanem w jednej osobie. Paradoksalnie, jakkolwiek egzotyczna, panorama charakterów wydaje się bardzo swojska. Pomimo że narysowana przesadnie grubą kreską, odnajdziemy w niej naszego sąsiada zza płota, którego ciasnota umysłowa jest nie tyle śmieszna, co groźna. Pani psycholog ma dużo problemów, by przebić się przez grubą bańkę, w której żyją mieszkańcy, jest to przysłowiowe walenie głową w mur i naprawdę szkoda, że zmagania głównej bohaterki nie są nawet w połowie tak emocjonujące, jak mogłyby być. Skoro zabraliśmy za szukanie plusów Egrozcyzmów Dorothy Mills, przyjrzyjmy się raz jeszcze zdyskredytowanej wcześniej scenie końcowej. Przy dużej odrobinie (sic!) dobrej woli znajdziemy tam trawestację sceny z szekspirowskiego Makbeta, gdzie tytułowy król widzi swoje wyrzuty sumienia w postaci zabitego przezeń przyjaciela, Banka. Jest to zabieg udany, lecz trzeba powtórzyć, niefilmowy, być może teatralny, na ekranie nie wykorzystuje swojego potencjału intelektualnego i emocjonalnego, ginąc w monotonii i marazmie pozostałej części dzieła Merlet.

Manifestacja zmarnowanej szansy, tak można określić Egzorcyzmy Dorothy Mills. Pomimo prób podniesienia leżącej w irlandzkim błocku produkcji, nie udaje się postawić jej w pionie, pada z chlupotem na kolana. Chwiejnie przechyla się z boku na bok licząc, że nie uśpi nas hipnotyzująca moc tego ruchu. Nadzieja płonna, lecz nie pozostaje nic innego, jak tylko wierzyć, że każda potwora znajdzie swojego amatora.


blog comments powered by Disqus