Gdy człowiek staje się równy bogom - recenzja filmu "Ex-Machina"

Idea transhumanizmu to domena hard science fiction. Wspieranie nowych technologii, które ostatecznie mają doprowadzić do stworzenia homo superior, lepszego człowieka, pozbawionego ograniczeń wynikających z niedoskonałości organizmu czy organicznego mózgu, przewija się w literaturze i filmie od dziesięcioleci.

Jednym z popularnych trendów jest tutaj "prawdziwa” sztuczna inteligencja zyskująca świadomość. Wykorzystując ten motyw Alex Garland - znany nam raczej z dość efektownych, pełnych akcji filmów, jak 28 dni później albo nowy Dredd 3D - stworzył scenariusz niepokojącego Ex Machina.

Ten film jest przede wszystkim zaskakująco statyczny. Większość seansu spędzamy obserwując dialogi bohaterów i pogłębiającą się paranoję Caleba, naszego przewodnika po tym dziwnym, zamkniętym obrazie. Akcji jest minimum, głównie pod koniec filmu. Nawet scenografia utrzymana jest w większości w spokojnych odcieniach beżów i szarości, zapewne żeby podkreślić, że najważniejszy jest tu poruszony w scenariuszu i rozważany przez postaci problem.

A ten jest wyraźnie skomplikowany. Młody programista pracujący w największej firmie na rynku - BlueBook - wygrywa w firmowej loterii tygodniowy pobyt w posiadłości ekscentrycznego, genialnego szefa, Nathana. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że tak naprawdę ma uczestniczyć w testach stworzonej w tajemnicy sztucznej inteligencji. Android o ciele i twarzy młodej dziewczyny, Ava, ma być przełomem w rozwoju technologii XXI wieku. Caleb ma ocenić, czy Ava rzeczywiście jest „żywa” - ma świadomość i myśli jak człowiek.

Bohaterowie są uwięzieni w zamkniętej przestrzeni pośrodku dziczy - dom Nathana to ukryta częściowo pod ziemią twierdza, z pokojami bez okien i elektronicznymi zamkami. By się tam dostać, potrzebny jest helikopter - posiadłość CEO odpowiednika naszego Google mieści się w górach, które porasta puszcza, ciągnąca się przez ponad 2 godziny lotu. Zdjęcia to w większości plany bliskie, zbliżenia, czasem plan amerykański. Każda scena jest bardzo statyczna, postaci stoją, siedzą, leżą, rozmawiają. Sami aktorzy też zostali dobrani bardzo przemyślnie, zwłaszcza pod względem swojej fizyczności - Caleb to uosobienie poczciwości, mógłby mieć napisane na czole „Jestem dobrym człowiekiem”; Nathan od pierwszego wejrzenia sprawia wrażenie niebezpiecznego i odpychającego; Kyoko to tajemnicza azjatycka piękność, świetnie wpasowująca się w rolę, jaką jej przypisano; a Ava ma twarz niewinnej dziewczynki.

W czasie dwugodzinnego seansu obserwujemy coraz bardziej napięte relacje Caleba i Nathana - ten pierwszy to miły chłopak z małego miasta, zafascynowany Avą i tym, jak może zmienić się oblicze świata, jeśli tylko testy zakończą się sukcesem. Drugi z bohaterów to wcielenie pragmatyzmu: cyniczny, pijący za wiele, genialny i okrutny, patrzący na swoje dzieło jak na środek do celu, nie ewentualnie żywą istotę. To dwa przeciwieństwa (także fizycznie), których starcie będzie widowiskowe i interesujące.

Pośrodku tego wszystkiego stoi Ava. Maszyna, która może dostać prawo do życia, jakkolwiek to nie brzmi. Zagadkowa, do samego końca nie daje się rozgryźć ani bohaterom, ani widzowi, za to nie raz zaskoczy wszystkich.

Reżyser i operator kamery wykonali świetną robotę. Idealnie zagrali kontrastami, światłem, kilkoma znanymi motywami, budując napięcie i tworząc szkielet dramatu. Dopełnili go aktorzy, doskonale wpasowując się w charakter swoich postaci. Domhall Gleeson, grający Caleba, miał najtrudniejszą rolę - pokazywał przemianę swojego bohatera, przechodzącego drogę od nieśmiałego, zagubionego, naiwnego chłopaka do zdecydowanego i pełnego negatywnych uczuć mężczyzny. Znany z ról niesympatycznych twardzieli Oscar Isaac tutaj pokazał, że jest naprawdę niezłym aktorem. W jego wykonaniu Nathan to nie tylko ekscentryczny i buc, ale też postać dość skomplikowana, o zawiłym, trudnym do zrozumienia sposobie myślenia, pozbawiona krzty romantyzmu. Jednocześnie nie ma złych intencji w niczym, co robi, kieruje się wyłącznie logiką. Grająca Avę Alicia Vikander miała do pewnego stopnia najłatwiejsze zadanie - jednak momentami udaje jej się ukazać masę emocji, które kryją się (lub są udawane) pod maską androida.

Mało znane twarze okazały się dobrym wyborem Garlanda. Użycie postaci-symboli, podkreślenie ich cech poprzez atrybuty zawarte w fizyczności, do tego odpowiednio dobrana scenografia - pozwalają na błyskawiczne odczytanie założeń scenariusza, skupienie się na dramacie na ekranie i odnajdowaniu znaczeń „między wierszami”.

Ex Machina to dobry, wciągający film, który jednak nieprzygotowanego widza może zmęczyć. Wymaga pewnego osadzenia w technologicznej rzeczywistości, które pozwoli zrozumieć, w jaki sposób stworzono Avę i jak pracuje Nathan. Dobrze będzie także znać klasyki gatunku - Matrix, Ghost in the Shell czy nawet Czy androidy marzą o elektronicznych owcach i Neuromancera. Garland eksploatuje znane z tych tytułów motywy, ale robi to mądrze i bez powielania schematów. To bez wątpienia jeden z najciekawszych obrazów science fiction, jakie możemy zobaczyć w tym roku w kinie - bez strzelanin, kosmicznych pościgów czy walk robotów. Warte polecenia.



blog comments powered by Disqus