"Fear the Walking Dead" - recenzja odcinka 2x08

To nie jest ziemia dla Nicka 

Na nowy odcinek Fear the Walking Dead czekaliśmy przeszło trzy miesiące. To niewiele, zważywszy, że przerwy w innych produkcjach bywają dłuższe (i bardziej irytujące). Serial ten wciąż dla wielu widzów jest tworem marketingowym, powstałym na fali popularności The Walking Dead. Jednak dzięki drugiej serii, produkcja (na szczęście) zmierza na własne tory.

Mid-season finalepożegnał nas ogromnym pożarem w willi Valle de Guadalupe. Grupa głównych bohaterów została rozdzielona, a losy niektórych z nich stanęły pod dużym znakiem zapytania Robert Kirkman i Dave Erickson wiedzą, jak budować napięcie przy użyciu cliffhangerów. Nie inaczej jest w przypadku FtWD.

Oglądając odcinki z pierwszej serii ma się wrażenie, że jest to opowieść o małej (i bardzo szybkiej) apokalipsie w Los Angeles, z której główni bohaterowie – Madison Clark i Travis Manawa, wspólnie z dziećmi – starają się wyjść cało. Początek pandemii, która  przeradza się w niemożliwy do opanowania chaos, staje się zalążkiem tej historii, ale też – w pewnym stopniu – początkiem końca ludzkości. Mimo, iż ta seria nie zjednała sobie zbyt wielu fanów (w porównaniu z The Walking Dead), to stacja AMC zdecydowała się zamówić kolejne epizody. Pierwsza część drugiej serii to zupełnie inny rozkład jazdy w porównaniu z pierwszym sezonem. I jest to jazda bez trzymanki! Aż warto zapytać, czego my tam nie mieliśmy? Byli piraci, ocaleni z feralnego lotu 462, czy w końcu kult żywych trupów w pewnej meksykańskiej hacjendzie.

Odcinek 2x08 pt. Grotesque rozgrywa się kilka dni po pożarze w willi. Travis (Cliff Curtis) podążył za swoich zbuntowanym synem, Chrisem (Lorenzo James Henrie), natomiast Strand (Colman Domingo) ewakuował się samochodem wspólnie z Madison (Kim Dickens), jej córką Alicią (Alycia Debnam-Carey) i Ofelią (Mercedes Mason). Nick (Frank Dillane) – jak to Nick – wciąż woli być typem eremity. Ci, którzy pamiętają jego przywiązanie do szwędaczy, będą zadowoleni. Ponad czterdzieści cztery minuty jest w całości poświęcone temu chłopakowi, który stara się przetrwać. Tak właśnie należy postrzegać odcinek Grotesque, będący powrotem (2B) Fear the Walking Dead do AMC. W najnowszym epizodzie tempo akcji nie jest zbyt dynamiczne. Scenarzyści wciąż postępują zgodnie ze schematem, serwowanym w myśl: wprowadzimy nowe postaci, ale tylko na chwilę, by potem szybko wyzionęły ducha lub stały się pokarmem dla zombie. Punktem zwrotnym jest na pewno poznanie Luciany (Danay Garcia) i aptekarza Alejandro (Paul Calderon), którzy jeszcze namieszają w tym serialu.

Twórcy serwują udany powrót. Nie ma tu specjalnych fajerwerków, a produkcja podąża swoim rytmem (według złośliwych – w ślimaczym tempie). Na plus na pewno zasługuje zabieg, w którym bohaterem odcinka jest tylko Nick. W takim wypadku możemy spodziewać się, że w 2x09 zobaczymy, co słychać u pozostałych członków rodziny z Los Angeles. Świetnym dodatkiem są także retrospekcje, dzięki którym możemy bliżej przyjrzeć się jednej postaci, znanej z pilotażowego epizodu. Istotne znaczenie dla fabuły ma także meksykański stosunek do zmarłych, który śmiało można nazwać kultem. Już w willi, gdzie urzędowała Celia mogliśmy doskonale to zauważyć. Kobieta uważała, że otrzymali oni łaskę powrotu i jako śmiertelnicy powinniśmy się do tego dostosować. Ponownie odwołując się do The Walking Dead – Hershel (Scott Wilson) uznawał przecież wirus za chorobę, którą można wyleczyć.

Najwyraźniej w świecie, ogarniętym takimi wydarzeniami jak zombie-apokalipsa, każda teoria jest dobra. Nawet plakat, który promuje powrót serialu przedstawia pomalowaną ludzką czaszkę i kilkadziesiąt dłoni. No i złowieszczy napis: Śmierć nie zna granic. Możemy tylko gdybać, czy przypadkiem ten temat nie będzie dominujący w serii. Akcja ewidentnie pozostanie na meksykańskich terenach. Miejmy tylko nadzieję, że zacznie dziać się o wiele więcej. 

Korekta: Michał "Osti" Ostiak


blog comments powered by Disqus