"Zło we mnie" - recenzja filmu

Kiedy budzi się demon…

Zło jest we mnieEmma Roberts po udanym udziale w kolejnych projektach Ryana Murphy'ego (American Horror Story: Sabat, Scream Queens), zasmakowała w opowieściach z pogranicza grozy (i pewnych kliszy filmowych). Tym razem możemy oglądać ją na wielkim ekranie w filmie Oza Perkinsa pt. Zło we mnie. Jak z zupełnie inną niż dotychczas rolą poradziła sobie młoda aktorka? Przeczytajcie recenzję.

Kat (Kiernan Shipka) i Rose (Lucy Boynton) to dwie uczennice pewnej szkoły katolickiej w Bramford, gdzie właśnie za chwilę rozpoczną się wyjazdy podopiecznych w związku ze świąteczną przerwą. Z niejasnych przyczyn rodzice bohaterek nie przybywają. Kat jest nieco skrytą, zamkniętą w sobie dziewczyną. Z kolei Rose jest całkowitym przeciwieństwem, reprezentując typ zbuntowanej osoby, która uwielbia pyszczyć i mieć swoje zdanie w każdej kwestii. Dyrektor postanawia, że do tego czasu bohaterki pozostaną w ośrodku pod opieką dwóch, nieco starszych pracownic - Pani Prescott i Pani Drake. W międzyczasie widzowie poznają tajemniczą Joan (Emma Roberts), która wyrusza w podróż. Jaki jest jej cel i co łączy ją z miejscowością Bramford. Prawda może okazać się zbyt przerażająca.

zło we mnie february

To, co udało się w pewnym sensie Ozowi Perkinsowi, to zbudowanie klimatu i tajemniczości wokół historii. W produkcji tej nie doświadczycie wyskakujących nagle demonów czy duchów rodem z Obecności. Nie natkniecie się też na brutalne tortury, jak w Pile. Historia może wydać się Wam odrobinę nierealna, na przykład, kto przy zdrowych zmysłach zostawia dwie podopieczne pod opieką kucharek z akademików? Najbardziej jednak przeraża nas to, co realne i rzeczywiste - wszystko związane z otoczeniem. Jeżeli pamiętacie film pt. Coś za mną chodzi (oryg. It follows), którego autorem był David Robert Mitchell, to muzyczne wstawki i momentami dłuższe kadry, skupiające się na wybranych elementach nie będą Wam obce. Raz głośne, dziwne niepokojące dźwięki, wydobywające się z offu, innym razem sa przeraźliwe hałasy dopełniają ten obraz. W Zło... bez wątpienia kluczowa jest także zimowa sceneria, którą możemy oglądać – są to za równo piękne, słoneczne dni, jak i mroźne, groźne wieczory.

To także popis trzech głównych aktorek, które – mimo kreacji zupełnie różnych postaci - są hipnotyzujące. Trudno oderwać wzrok od Emmy Roberts, Kiernan Shipki i Lucy Boynton, ponieważ każda jest warta skupienia się na swoim wątku. Co tak naprawdę ukrywają? I dlaczego ich losy są tam mocno ze sobą związane? Na drugim planie zobaczycie, nieco symbolicznie, Jamesa Remara (Django, Rogi) jako Billa, który także jest w trakcie podróży, w stronę Bramford. Dramatyzm, który z czasem zmienia się w emocjonalne przywiązanie wobec bohaterów pryska niczym bańka mydlana w momentach kluczowych dla fabuły.

february recenzja

Zło we mnie jest zarazem świetnym przykładem, jak można współcześnie stworzyć dobry film grozy, bez milionowych efektów CGI i z niewielkim budżetem. Seans, z którego wyjdziecie z gęsią skórką i ponownie zastanowicie się, gdzie zaplanować kolejne ferie.

P.S. Jeżeli oczaruje Was w kinach Zło we mnie, to koniecznie sprawdźcie najnowszy film Oza Perkinsa pt. I Am the Pretty Thing That Lives in the House, dostępny legalnie na Netfliksie. I zapamiętajcie nazwisko tego twórcy – jeszcze nieraz namiesza filmowym, horrorowym świecie.

Korekta: Marta Kononienko

zło we mni recenzja

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus