Peter hobbit Jackson

Autor: Wodnica

Peter Jackson jest hobbitem. Co do tego nie mają już chyba wątpliwości przedstawiciele rasy ludzkiej. Oczywiście ci, którzy są obdarzeni rozumem. Człowiekowi z pewnością nie udałoby się to, co udało się Jacksonowi - doprowadzenie do finału tak olbrzymiego przedsięwzięcia, jakim było odtworzenie Śródziemia. Zresztą sam zainteresowany przyznał się w jednym z wywiadów do pokrewieństwa z hobbitami. Wskazują na to zarówno okrągła budowa ciała Jacksona, zamiłowanie do dobrego jedzenia i picia, jak i niechęć do noszenia butów. A członkowie ekipy filmowej zgodnie potwierdzają - reżyser, producent i scenarzysta w jednej osobie chodził na bosaka przez 274 dni zdjęciowe!

Co więcej - Jackson nie lubi podróży, zaś fragment filmowej scenografii, konkretnie domek Bilbo Bagginsa, już zamówił w wytwórni New Line, która wyłożyła na produkcję trzech części filmu Władca Pierścieni prawie 300 mln dolarów. Notabene wpływy tylko z kinowych pokazów pierwszej części trylogii przyniosły już 750 mln dolarów, dając obrazowi ósmą pozycję na liście dziesięciu najbardziej kasowych tytułów wszech czasów!

Kolejnym dowodem pochodzenia twórcy filmu są jego nieludzka pracowitość i cierpliwość oraz pogoda ducha. Proszę sobie wyobrazić - uczestnicy jednego z największych przedsięwzięć w dziejach światowej kinematografii zapewniają, że podczas 15 miesięcy realizacji filmu nie doszło nie tylko do kłótni między członkami ekipy. Nie odnotowano nawet jakichkolwiek problemów na planie! Gdy zaczął się jeden z nich zarysowywać - zbyt mała liczba statystów do scen batalistycznych - pani premier Nowej Zelandii zarządziła, że na plan należy wysłać siły zbrojne rządzonego przez nią państwa. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie powierzyłby własnej armii innemu człowiekowi, nieprawdaż? Nawet Maorysi - rodowici mieszkańcy Nowej Zelandii - nie mieli nic przeciwko temu, by ekipa filmowa deptała ich ziemię. Ba! Tubylcy pobłogosławili hale zdjęciowe! Takiego zaufania raczej nie mieliby do białego człowieka... No dobrze, powiedzmy to jasno - do jakiegokolwiek człowieka.

Skutki są takie, że po wykorzystaniu ponad 1600 par indywidualnie dopasowywanych sztucznych stóp i uszu, 900 zbroi, 300 ręcznie wykonanych i zaondulowanych peruk, po posadzeniu 5 tys. warzyw i kwiatów w Hobbitonie, zatrudnieniu 20 tys. statystów i 70 specjalnie wytrenowanych koni tylko dla Drużyny Pierścienia, powstał pierwszy film, który bije na głowę większość dotychczasowych, ustanowionych przez ludzi rekordów. Głupia sprawa, ale część z nich Władca Pierścieni ustanowił nie tylko przed premierą, ale i przed ukończeniem produkcji!

Już w kwietniu 2000 r. 1,5 mln internautów ściągnęło z oficjalnej strony filmu jego pierwszą zapowiedź. Wkrótce potem w plebiscycie serwisu internetowego Empire użytkownicy sieci wybrali trailer Władcy Pierścieni zwiastunem wszech czasów. Wyniki badań statystycznych wykazały również, że był on najchętniej oglądanym trailerem w internecie, zaś film był w 2001 r. najczęściej wyszukiwanym w zasobach wirtualnych tytułem.

aol04.jpgTrzy dni po prapremierze ekranizacji powieści Tolkiena w Londynie (10 grudnia 2001 r.) dziennikarze brytyjskiego pisma "The Sun" umieścili Władcę Pierścieni w gronie dziesięciu filmów, które zmieniły oblicze kina. Pięć nagród Brytyjskiej Akademii Sztuki Filmowej i Telewizyjnej (w tym dla najlepszego filmu i reżysera oraz nagroda publiczności) na 12 nominacji to kolejny dowód nadnaturalnych możliwości Jacksona. A nagrody te są traktowane jako zapowiedź przyszłych Oscarów. Ekranizacja eposu Tolkiena dysponuje aż 13 nominacjami, co jest już osiągnięciem godnym odnotowania z annałach Akademii Filmowej.

Do tych osiągnięć należy dopisać wielkimi zgłoskami niebywały sukces kasowy. Po pierwsze - za sprawą filmu dochód narodowy Nowej Zelandii powiększył się bardziej niż to się stało dzięki eksportowi tamtejszych win w ciągu ostatnich dwóch lat. Po drugie - w ciągu zaledwie 19 dni Władca Pierścieni zarobił 200 mln dolarów tylko w USA, zatem koszty produkcji zwróciły się już kilkakrotnie.

Koronnym dowodem hobbickiego szczęścia jest pokonanie przez Władcę Pierścieni - Pana Tadeusza. Oto produkcja ze Śródziemia pobiła w Polsce rekord otwarcia należący dotąd bezwarunkowo do ekranizacji epopei narodowej! Film Jacksona obejrzało podczas pierwszego weekendu projekcji w kinach ponad pół miliona widzów (do początku marca 1,6 mln), zaś niepokonanego dotąd Pana Tadeusza "zaledwie" 424 tysiące. Wynik ten udało się osiągnąć mimo skandalicznego opóźnienia polskiej premiery Władcy w stosunku do cywilizowanych krajów i mimo mnożących się nielegalnych kopii filmu.

Strach pomyśleć, co będzie dalej, bowiem Jackson, jak to hobbit, będzie żył około 120 lat, a dojrzałość osiągnął zaledwie 8 lat temu (tzw. niziołki stają się pełnoletnie po ukończeniu 33 roku życia), zatem niewykluczone, że Władca Pierścieni podsunie mu jeszcze kilka niekonwencjonalnych (z ludzkiego punktu widzenia) pomysłów. A przecież nie powstała dotąd ekranizacja tolkienowskiego Hobbita...

Aby jednak nie było zbyt słodko, warto zwrócić uwagę na kilka ważnych szczegółów, które umknęły uwadze czujnego, hobbickiego oka. Mimo ogromnej dbałości o wierność autorowi eposu, film zgubił sporo epickiego rozmachu powieści na rzecz wartkiego ciągu wydarzeń biegnących niczym w komputerowej strzelance. Krótko mówiąc: Opowieść ustąpiła miejsca akcji. A Opowieść, że wspomnę choćby Dym, można ująć w ramy języka filmowego...

Kolejny minus to zbyt pobieżne potraktowanie różnic między poszczególnymi rasami mieszkańców Śródziemia. Perspektywa, z jaką widzą rzeczywistość magowie, elfy, krasnoludy, hobbici i ludzie jest tak diametralnie odmienna, że współdziałanie przedstawicieli tych "gatunków" jest po prostu w tolkienowskim eposie cudem. Ta odmienność bierze się choćby stąd, że każda z ras jest obdarzona inną długością życia. Niezwykłe właściwości eterycznego Legolasa można było również pokazać pięknie w scenach walki. Wszak elf może się poruszać znacznie szybciej i bardziej lekko (mógłby się nawet unosić w powietrzu!), a jedną z dróg zaprezentowania takich możliwości bohatera wyznaczył choćby Matrix.

Różnice między rasami są ważne nie tylko z powodu samej Opowieści. To, że z czasem i przemierzoną przestrzenią stają się one mało istotne w obliczu celu wyprawy, jest jednym z najpiękniejszych wątków <I>Władcy Pierścieni</I>. Tymczasem w filmie Jacksona nie tylko nie możemy obserwować przekraczania przez bohaterów barier stereotypów i różnic, ale, co gorsza, jedynym środkiem pokazania rodzących się między członkami Drużyny więzów są sceny walki. Szkoda.

tolkien.jpgZlekceważenie różnic rasowych w świecie Śródziemia odebrało również cały dramatyzm decyzji Arweny, która postanawia zrzec się nieśmiertelności, by związać się z Aragornem. A podanie całego wątku na talerzu już w pierwszej części, byle spełnić minimum hollywoodzkich norm romasowych, jest ze strony scenarzystów poważnym błędem dramaturgicznym. U Tolkiena motyw tego związku snuje się niejasno przez kolejne tomy, by wybuchnąć niezwykle dramatyczną decyzją Arweny. Tymczasem Jackson zaserwował widzom śliczniutką, stawiającą kropkę na i, scenę na moście. W pierwszej części wystarczyłoby chyba jedno niesamowite spojrzenie Liv Tyler. Może "przypadkowe" muśnięcie dłoni... Ot, zostaliśmy poczęstowani dawką hobbickiego sentymentalizmu;-)

To jednak drobiazg w porównaniu z tym, co Jackson zrobił Galadrieli. Zbyt stara i zbyt mądra była ta elficka królowa, by organizować sobie samej dziwaczne próby sprawnościowe. Zupełnie inny był cel jej spotkania z Frodem, ale najwyraźniej upływ czasu zatarł jego sens przed oczyma współczesnego hobbita. Jakiż szok musieli przeżyć fani Tolkiena, gdy ujrzeli, jak uosobienie pierwotnej mądrości przekształca się w egzaltowaną snobkę!

I wreszcie szczyt szczytów - scena narady u Elronda, która powinna być kluczowa dla całej trylogii. W tym samym czasie i przy pomocy tych samych środków (także finansowych) można było stworzyć jedną z najmocniejszych scen filmu. Wystarczyło mądrze napisać scenariusz, by dramaturgia buchała mimo statyczności. Wystarczyło pamiętać o wprowadzeniu Bilba. Wystarczyło pokazać dramatyzm wyboru, przed jakim stanął Elrond. Wystarczyło wprząc do akcji Przeznaczenie, które zdecydowało za Froda. Wystarczyło... Ech, hobbicie, cóżeś najlepszego uczynił?

No i niestety - zamiast filmu genialnego otrzymaliśmy "jedynie" obraz rewelacyjny. Bez wątpienia znakomity. Piękny i doskonale dopracowany w warstwie scenograficznej. Dość wierny, ale nie do końca magiczny.

I to ostateczny dowód hobbickiego rodowódu Jacksona - solidnego, upartego, dobrodusznego niziołka. Kto wie, czego moglibyśmy się spodziewać, gdyby reżyser wywodził się z rodu Gandalfa...


Tekst powstał na zamówienie miesięcznika "Empik News". Jest to wersja uaktualniona i rozszerzona o ostatnią, krytyczną część artykułu. Wielkie podziękowania należą się Anicie za niezwykle emocjonującą i twórczą dyskusję na temat filmu.




blog comments powered by Disqus