"Gdzie jest Dory" - recenzja wydania Blu-ray animacji

Autor: Mateusz Michałek
Korekta: Marta Kononienko
31 stycznia 2017

Déjà vu

Wielokrotnie słyszymy, że sequele są zawsze gorsze od pierwszych części filmowych serii. W wielu przypadkach tak jednak nie jest, a kontynuacje bywają jeszcze lepsze od swoich kinowych poprzedników (Terminator 2: Dzień sądu, Gwiezdne wojny: Część V – Imperium kontratakuje itp.). Gdzie jest Dory należy jednak do sequeli… mniej udanych.

W najnowszej animacji studia Pixar - Gdzie jest Dory tytułowa bohaterka wraz z przyjaciółmi - Nemo i Marlinem - postanowi odkryć tajemnice swojej przeszłości. Co pamięta? Gdzie są jej rodzice? Gdzie nauczyła mówić się językiem wielorybów? Bohaterów czeka, oczywiście, kolejna szalona podróż w poszukiwaniu najbliższych.

Po 13 latach Andrew Stanton wprowadził do kin kontynuację kultowego Gdzie jest Nemo? Oczekiwania były ogromne. Wielka przygoda Nemo, Marlina i Dory do dziś uznawana jest za jedną z najlepszych i najpopularniejszych animacji w historii studia Pixar. Znajdziemy ją także w wielu naszych domowych kolekcjach. Zastanawia fakt, jaki sens miało nakręcenie Gdzie jest Dory?A może zastanawialiście się, co stało się z jej pamięcią i rodzicami? Oczywiście, że nikogo z nas nie interesowała przeszłość zapominalskiej rybki. Stantona najwyraźniej to nie zraziło, czego efektem jest skrzynia złota (wyłowiona z filmowych głębin Pacyfiku) dla twórców oraz niesamowicie wtórny i niepotrzebny sequel.

W 2016 roku Disney wypuścił na rynek dwa nadzwyczaj zbędne i do bólu schematyczne sequele – Alicję po drugiej stronie lustra i Gdzie jest Dory. W obu przypadkach zawiódł scenariusz, podążający wielokrotnie wydeptanymi ścieżkami. W Alicji poznajemy zaginioną rodzinę Kapelusznika i genezę konfliktu między Białą i Czerwoną Królową (twórcy wykorzystują mocno oklepany motyw podróży w czasie), jednak pomysł z Krainy Czarów należy uznać za niezwykle nowatorski w porównaniu z fabułą Gdzie jest Dory. Pixar stworzył typowy sequel z lat 80., gdy kontynuacja opowiadała niemal tę samą historię, co pierwszy film z serii (Pogromcy duchów). Stanton ponownie raczy nas motywem poszukiwania członka rodziny w wielkim świecie (Pacyfiku) oraz wiernie powieloną strukturą fabularną, dzięki której bohaterowie jeszcze raz poznają samych siebie oraz nowych, dysfunkcyjnych przyjaciół i moc przyjaźni.

Mimo wszystko Dory to nadal całkiem przyjemna rozrywka, pełna wzruszeń i charakterystycznego poczucia humoru. Produkcja nadal urzeka fantastycznymi i przezabawnymi postaciami,  prostym i mocno pedagogicznym przesłaniem oraz fenomenalną wariacją wizualną typową dla Pixara. Nowe dziecko Stantona wciąż olśniewa pełną kolorów animacją, rewelacyjną i olśniewającą wizją głębi Pacyfiku oraz nadzwyczajnym polotem inscenizacyjnym. Szkoda, że twórcy nie zdecydowali się na poważniejsze eksplorowanie Pacyfiku zamiast „zwiedzania” świata ludzi.

Pozytywnie zaskakuje wydanie Blu-ray, znacznie ciekawsze od samego filmu. Proste, intuicyjne menu z pewnością opracowane zostało z myślą o najmłodszych widzach. Dystrybutor zadbał również o starszych fanów animacji, dla których przygotował mnóstwo interesujących dodatków specjalnych oraz kilka wersji językowych. Warto zwrócić uwagę na przyjemne dla oka intro, powodujące nostalgię związaną z popularnym niegdyś wygaszaczem ekranu (akwarium).

W materiałach specjalnych znajdziemy najnowszą krótkometrażówkę studia  Pisklak - która jest zdecydowanie oryginalniejsza od Gdzie jest Dory. Nowy „short” Pixara to przede wszystkim wzruszająca i zabawna historia poznawania świata przez dziecko (w tym wypadku pisklaka), a także krótka instrukcja dla naszych pociech w jaki sposób pokonywać własny strach i wewnętrzne ograniczenia.

W kolejnych dodatkach odnajdujemy klasyczną kuchnię filmową, dzięki której uświadomimy sobie geniusz artystów (to zdecydowanie najlepsze słowo do opisania artyzmu i talentu tych ludzi) Pixara i ogrom pracy związany z tworzeniem przez nich swoich arcydzieł. Najbardziej charakterystycznym przykładem złożoności pracy, pietyzmu i pomysłowości animatorów jest postać Hanka, tworzonego przez 2,5 roku i wzorowanego na prawdziwych ośmiornicach, które znajdowały się tuż za plecami twórców (w specjalnym zbiorniku) w czasie ich pracy nad animacją. Warto zapoznać się z filmikiem W uścisku macek, aby dowiedzieć się, ile macek naprawdę miał Hank i dlaczego jego twórcy cieszyli się, że tylko tyle? Jaki był temat na tapecie przynosi natomiast nieco trywialne odpowiedzi związane z genezą pomysłu na brak pamięci krótkotrwałej u Dory. Wielu z nas zaskoczy zapewne również kolejność nagrywania dubbingu względem przygotowywania animacji, wywierająca wielki wpływ na późniejsze animowanie postaci. Niestety, dystrybutor nie przygotował polskich napisów do wersji z komentarzami twórców, mylnie stwierdzając, że wszyscy perfekcyjnie znamy angielski.

W czasie seansu nowego obrazu Andrew Stantona odczujemy swoiste „déjà vu”, gdyż oczekiwaliśmy po Dory zdecydowanie więcej, a zamiast tego animacja razi wtórnością i powielaniem utartych schematów z „jedynki”. Niemniej jednak Gdzie jest Dory to nadal całkiem przyjemne i zabawne kino familijne, które powinno spocząć na honorowym miejscu w Waszej domowej kolekcji (tuż obok Nemo), zwłaszcza ze względu na bardzo solidne wydanie Blu-ray przygotowane przez dystrybutora.



blog comments powered by Disqus