"Flash" - recenzja 2. sezonu serialu

Najszybszy, ale czy najlepszy?

My name is Barry Allen and I’m the fastest man alive… Takimi słowami Barry rozpoczyna każdy odcinek Flasha, jednak w drugim sezonie produkcji nie ma to odzwierciedlenia w rzeczywistości, gdyż główny bohater spotyka przeciwnika z prawdziwego zdarzenia. Niestety, serial dogonił swój ogon znacznie szybciej niż Barry Zooma

Drugi sezon serialu rozpoczyna się jakiś czas po wydarzeniach z finału poprzedniej serii. Barry uratował Ziemię i stał się bohaterem Central City, jednak w momencie, gdy ekipie ze Star Labs wreszcie zaczyna się układać w nowej rzeczywistości, w mieście pojawia się kolejny przeciwnik Smugi oraz… jego odpowiednik z Ziemi 2. Zdradzanie jakiejkolwiek innej informacji na temat fabuły, w przypadku tego serialu, można byłoby uznać za gigantyczny spoiler, dlatego na tym poprzestańmy.

Więcej – nie znaczy lepiej?

Miarą rozwoju serialu jest zawsze jakość jego kolejnych sezonów. Pierwsza seria przygód najszybszego człowieka na Ziemi zachwycała akcją, niezłymi efektami specjalnymi (jak na telewizję CW), ciekawą fabułą oraz fantastycznym humorem, jednak prawdziwym sprawdzianem dla jego twórców było przygotowanie drugiego sezonu, który byłby jeszcze lepszy od poprzedniego. Problemem okazała się typowa choroba Fabryki Snów: więcej, mocniej, zabawniej, przez co nowe przygody Flasha, niestety, powielają dotychczasowe schematy, rażą naiwnością i katastrofalnym scenariuszem, przeczącym wszelkim zasadom logiki oraz konsekwencji fabularnej.

W nowej serii Barry ponownie walczy z metaludźmi oraz speedsterami. Brzmi podobnie? Oczywiście, bo tak samo można  opisać pierwszy sezon. Różnica polega na tym, że większość „złoli” to typki przysłane przez Zooma z Ziemi 2, będący często alternatywnymi wersjami znanych nam bohaterów. W końcu po co płacić nowym aktorom, skoro ma się już ekipę na kontrakcie? Wystarczy pozmieniać kilka kwestii i przebrać ich w inne stroje. Jednak wątek „sobowtórów” (tak są określeni w serialu) zaskakuje stosunkowo udaną i zabawną konwencją nieoczekiwanej zmiany miejsc i pewną świeżością, czego serialowi wyraźnie tym razem brakowało.

"Wibbly-wobbly timey-wimey"

Problemem Flasha jest przede wszystkim „przekombinowanie” oraz totalny brak konsekwencji fabularnej. Twórcy przez cały sezon manipulują liniami czasowymi, przez co wydarzenia rozgrywające się na ekranie coraz częściej stają się nielogiczne. Eksperymenty z podróżami w czasie poprowadzono przy tym w tak niekonsekwentny sposób, że Barry raz może cofnąć się w czasie i zmienić zupełnie swoją historię, by w kolejnym odcinku przy znacznie mniejszym przewinieniu względem czasu, ścigały go Upiory Czasu. Zamieszaniu nie pomaga również finał sezonu, który całkowicie zmienił serialową rzeczywistość i doprowadził do „Flash Paradox”. Twórcom serialu wyraźnie zabrakło przemyślanego, spójnego i racjonalnego pomysłu na podróże w czasie, który dorównałby koncepcjom ukazanym w Doktorze Who. Jednak nic nie przebije totalnego chaosu i naiwności fabularnej. Flash i jego ekipa wielokrotnie podejmują głupie, irracjonalne decyzje, niegodne intelektu Cisco i Wellsa. To typowe momenty, w których widz krzyczy do ekranu: „Nie róbcie tego! On was oszuka i zabije”, jednak producenci nie zważają na infantylność swoich pomysłów, katując i zabijając kilku bohaterów.

Z każdym kolejnym odcinkiem obserwujemy metamorfozę serialu w operę mydlaną, w której Barry stał się ckliwą płaczką, wciąż roztkliwiającą się nad swoim życiem, i problem odpowiedzialności za swoje czyny. Początkowy impet sezonu zostaje wytracony również poprzez proces wypierania scen akcji przez ukazanie widzowi sagi rodziny Westów. Jednak, gdy stwierdzamy, że serial już niczym nie jest w stanie nas zaskoczyć, oglądamy rozmowy głównego bohatera ze Speed Force, będące kwintesencją głupoty fabularnej (i prawdopodobnej choroby psychicznej Barry’ego). Na tle średnich jakościowo epizodów wyróżnia się crossover z Arrowem oraz odcinek Kevina Smitha, zaskakujący nawiązaniami do The Walking Dead (Cisco oczywiście to wyłapał). Spotkanie z Oliverem uświadamia nam, że serial mocno zyskuje na bohaterach drugoplanowych (Arrow, Snart) oraz ciekawych przeciwnikach (Weather Wizard czy Trickster), których obecność nadaje produkcji kosmicznego rozpędu, charakterystycznego poczucia humoru oraz całą masę odniesień do popkultury (wielokrotnie rozumianej wyłącznie przez geeków).

Flash jest tylko jeden!

Produkcję ratują zaskakujące twisty fabularne, świetnie napisany Zoom oraz genialne nakreślone postacie Barry’ego, Cisco i Wellsa. Główny przeciwnik najszybszego człowieka na Ziemi jest demoniczny, nieprzewidywalny, amoralny i przede wszystkim brutalny, natomiast Grant Gustin po raz kolejny udowodnił, że jest idealnym Flashem i kinowe uniwersum DC nie potrzebuje Ezry Millera. Pupilem każdego widza pozostaje jednak Cisco (Carlos Valdes), będący serialową wersją geeka, nieustannie karmiącego fanów fantastycznymi odwołaniami do ukochanych filmów i seriali.

Nowy sezon Flasha cierpi na chorobę sequeli, tracąc przy tym niezwykłą świeżość, pomysłowość i konsekwencję fabularną. To wszystko sprawia, że przygody najszybszego człowieka na Ziemi to nadal lekka i przyjemna rozrywka, jednak wyraźnie zabrakło jej polotu i serialowej wersji Speed Force…

Korekta: Ewelina Chruściel


blog comments powered by Disqus