"Linia życia" - recenzja filmu

Linia nudy

Linia życia jest remakiem klimatycznego thrillera sci-fi z lat 90. Niezapomniany klimat filmu z gwiazdami światowego kina zagwarantował nam Joel Schumacher. W jego wersji wystąpili między innymi Julia Roberts, Kiefer Sutherland i Kevin Bacon. Te nazwiska zarówno wtedy jak i dziś przyciągają tłumy do kin. Oplev w swoim filmie również postawił na współcześnie popularnych aktorów. Mamy tutaj Ellen Page, znaną z popularnego serialu Pamiętniki Wampirów Ninę Dobrev oraz nawet samego Kiefera Sutherlanda grającego przełożonego lekarzy. Niestety dobór mocnej obsady to jedyne podobieństwo do oryginału, gdyż im dalej w seans, tym coraz gorzej.


Grupa studentów medycyny za namową Courtney postanawia poddać się fascynującemu, lecz zarazem niepokojącemu eksperymentowi. Pragną oni na własnej skórze przekonać się, czy istnieje życie po śmierci. Co dzieje się w naszym umyśle kiedy umieramy i dokąd wtedy trafiamy? Odpowiedzi na te pytania kotłują się w młodych umysłach pragnących wielkiej kariery naukowej. Wszyscy poza Courtney podejmują się tego, gdyż liczą na wielką sławę w świecie medycyny. Lecz dla bohaterki jest to przede wszystkim sprawa osobista związana z traumatycznym wydarzeniem z jej przeszłości. Dziewczyna za wszelką cenę chce przekonać się, dokąd trafia dusza zmarłej osoby, a przede wszystkim czy jest to przyjazne miejsce. Dręczona wyrzutami sumienia nie zwraca uwagi na wszelkie zagrożenia i postanawia uśmiercić się na oczach kolegów. Wiemy jednak, że ingerowanie w matkę naturę nigdy nie kończy się dobrze i nie jest pozbawione konsekwencji.


Schumacher stworzył film gotycki, bazujący na ówczesnym zainteresowaniem śmiercią kliniczną. Był on mroczny, emocjonalny, szczery a jednocześnie „odjechany” niczym teledyski Alice'a Coopera czy Guns N' Roses. Właśnie wtedy, w latach 90, było to czymś niepokojącym, zabawnym i fascynującym jednocześnie. Niestety współczesna wersja nie pozostawiła w sobie nic z tamtej atmosfery. Mamy XXI wiek w pełnej okazałości. Technologia najwyższej klasy, rządni kariery studenci-imprezowicze, wysoka medycyna w połączeniu z psychiatrycznymi rozgrywkami między życiem a śmiercią. Wyprane zostało to wszystko w wysokiej klasy wybielaczu. Efekt tego jest jeden: wszystko stało się pozbawione magii i emocji. Cała grupka podchodzi do faktu uśmiercenia swojego ciała na parę minut w sposób dość lekkomyślny, bez głębszej refleksji chociażby o skutkach ubocznych tego eksperymentu. A te oczywiście następują i na każdym z nich odbijają swoje piętno. Reżyser w bardzo przeciętny sposób próbuje przybrać moralizatorski ton i pokazać, że złe występki sprzed lat mogą do nas wrócić w każdej chwili, ale spokojnie, wystarczy je naprawić, przeprosić i już wszystko będzie dobrze. Strasznie to infantylne i zbyt prostolinijne.


Oplev skupił się tak bardzo na współczesności, że zatracił cały sens filmu. Jest tutaj bardzo dużo efektów specjalnych i mało realizmu, przez co film jest jak wydmuszka. Przesuwające się obrazy niczym kolorowe ruchome zdjęcia z teledysków popowych gwiazd, seks bez zobowiązań, imprezowanie do białego rana, a do tego paranormalne zjawiska. Nie ma tutaj spójności – trochę to thriller, trochę horror, trochę dramat. Jakby ktoś za wszelką cenę chciał przeskoczyć nad oryginałem. Brakuje tu konsekwencji i odrobiny minimalizmu. Efekty są dobre, gra aktorska również nie jest na niskim poziomie, ale nie ma tutaj tego ducha, którego czuło się zdecydowanie u Schumachera.


Niestety Linia życia Opleva to kolejny film z serii nieudanych i zupełnie niepotrzebnych remake'ów nie wnoszących nic nowego do światowego kina. Ogląda się przyjemnie, ale zaraz po zakończeniu seansu zapomina się o tym, co się przed chwilą widziało. 

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus