Recenzja filmu "Lot"

Autor: Allan

Robert Zemeckis to prawdziwy magik w świecie filmu. Potrafi bawić, wzruszać i za każdym razem sprawić, że dzięki opowiadanej przez niego historii zapomina się o świecie poza kinową salą. Twórca kultowej trylogii Powrót do przyszłości, Forresta Gumpa oraz Kontaktu powraca po 12 latach eksplorowania świata animacji do fabularnej produkcji i prezentuje bardzo dobry film dramatyczny, którym udowadnia, że nie wyszedł z wprawy, a także nadal potrafi tworzyć historie poruszające i angażujące widza.

William "Whip" Whitaker (nominowany za tę rolę do Oscara Denzel Washington) nie jest człowiekiem, którego można lubić. Arogant, alkoholik, narkoman. Już w pierwszej scenie pokazuje, na co go stać, kiedy kłóci się przez telefon z byłą żoną, po czym pomiędzy opróżnionymi butelkami po alkoholu znajduje kokainę, którą zażywa. Kilka chwil później ubrany w mundur jest już gotowy, by zasiąść za sterami samolotu i z 102 osobami na pokładzie wzbić się w niebo. Ale to nie jest najlepszy dzień Whipa. W pewnym momencie samolot zaczyna spadać. Katastrofa to dopiero początek problemów pilota, którego pod lupę bierze agencja NTSB (National Transportation Safety Board). Zagrożony karą dożywotniego pozbawienia wolności Whip stara się uporządkować życie. Z pomocą może przyjść mu również uzależniona Nicole, ale droga do prawdy jest jedną z najtrudniejszych, jaką może wybrać uzależniony człowiek.

Tę historię twórcy Lotu opowiadają w spektakularny sposób. Tego, co pokazano w pierwszej ćwiartce filmu nie powstydziłby się sam Alfred Hitchcock. Wszystko, co doprowadza do zapierającej oddech w piersi sceny katastrofy włącznie z tragicznym zdarzeniem ogląda się z szeroko otwartymi oczami. Dla osób, które odrobinę obawiają się samolotów będzie to ciężkie przeżycie. Choć eksperci lotnictwa wypowiadali się krytycznie o realizmie sceny nie zmienia to faktu, że napięcie przeżywane w trakcie jej oglądania jest ogromne. Oszałamiająca wizualnie sekwencja nie przesłania dalszej opowieści – stanowi do niej zaledwie preludium. A to już dramat w starym dobrym stylu, gdzie najważniejsze są relacje pomiędzy ciekawie stworzonymi postaciami, to w jaki sposób ludzie na siebie wpływają i jak te kontakty potrafią zmienić ludzkie życie, ale wcale nie raz na zawsze. Zemeckis i Gatins mają, całe szczęście, na tyle życiowego doświadczenia, by wiedzieć, że nic w życiu nie jest pewne, a wiedzę tę wcielają na ekranie w życie znakomici aktorzy.

Bruce Greenwood spotkał się z Denzelem na planie Deja Vu, tym razem wciela się w rolę jego przyjaciela z lat młodości i jednocześnie łącznika z ramienia związków zawodowych. Oprócz niego bardzo dobry Don Cheedle jako prawnik zajmujący się oskarżeniami karnymi względem pilota zaskakuje tym, jak dobrze potrafi zmienić barwy z dążącego do odkrycia prawdy do całkowitego służenia klientowi, co może być przyczyną balansowania na krawędzi prawa. Idąc na drabince w górę Kelly Reilly jako walcząca z uzależnieniem Nicole w końcu dostaje część roli, w której może grać, a nie tylko występować, jak miało to miejsce w przypadku przygód Sherlocka Holmesa. Umiejętnie tworzy także na ekranie relację z Denzelem Washingtonem. To niełatwa rola ukazać dwoje ludzi, którzy, choć startują z podobnego miejsca, w końcu zmierzają w dwóch różnych kierunkach przy okazji naprzemiennie przyciągając się i odpychając. Czasami w tym duecie Denzel Washington wcale nie wypada lepiej. 58 letni aktor to marka sama w sobie. Rzadko zdarza mu się brać udział w kiepskich przedsięwzięciach i całe szczęście okazuje się, że Safe House był jednorazowym przypadkiem. Zawsze dobrze się go ogląda na ekranie, choć występ w Locie nie jest szczytem jego możliwości. Przez większość czasu Washington rozgrywa film na zestawie dwóch min: odzwierciedlającej jego pewność siebie lub poczucie wstydu i winy. Rozróżnić je można przez cofnięty podbródek w przypadku miny oddającej emocje zmieszania. Ale to tylko drobnostka – postać jest na tyle fascynująca, że Washington nawet wykorzystując bardzo ograniczony jak na siebie zestaw technik aktorskich wypada lepiej niż dobrze. Oczywiście mogą pojawić się zarzuty względem samej postaci, którą tworzy, że jej przemiana nie jest realistyczna, ale w przypadku choroby alkoholowej tak jak trudny do przewidzenia jest jej przebieg (mimo znanych ram i etapów choroby, które mogą po sobie następować), tak samo nieprzewidywalny może być bodziec pozwalający zmienić swoje postępowanie.  Pod tym względem Washington jest niezwykle wiarygodny i widać, że osoba tworząca historię zna się na temacie. Gwiazdeczką filmu nieoczekiwanie jest John Goodman. Parafrazując, jako „menadżer ds. dbania” pojawiający się zawsze w krytycznych sytuacjach, z towarzyszącą jego wejściu legendarnej piosence Sympathy for the Devil Goodman świeci najjaśniejszym światłem na firmamencie obsady Lotu.

Zemeckis technicznie postawił na swoich stałych współpracowników. Zdjęcia, dzięki którym można poczuć się jak uczestnik wydarzeń, stworzył Don Burges (poza pracą przy filmach Zemeciska ostatnio odpowiadał za wizualną stronę Kodu nieśmiertelności czy Księgi ocalenia). Najmniej docenianą częścią filmu może okazać się muzyka Alana Silvestri. W filmie na równi z jego muzyką pojawiają się wielkie przeboje wokalne, więc delikatna muzyka twórcy ścieżki dźwiękowej do Forresta Gumpa czy Bodyguarda jest miłą odmianą dla ucha po kompozycjach Silvestriego do wielkich filmów akcji: jak Kapitan Ameryka czy Avengers i warto do niej sięgnąć już po zakończonym seansie.

Oryginalny scenariusz stworzony przez Johna Gatinsa (również tegoroczny nominowany do Oscara) w uproszczeniu dotyka myśli wyrażonej przez Goethego: „błąd łatwiej dostrzec niż prawdę, bo błąd leży na wierzchu, a prawda w głębi”. Ludzkie tragedie, śmierć, życie, uzależnienie, wina, pokuta, wiara – to zaledwie kilka motywów, których film dotyka i nawet, jeśli robi to czasami pobieżnie to potrafi pobudzić do rozmów: o bohaterach, motywach ich działań, ocenie ich postępowania. Przeciętna produkcja nie potrafi czegoś takiego wywołać, to jest zobowiązanie interesującego, wartościowego kina – a Lot do takiego należy.

Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus