Widzu, nie daj się oszukać - recenzja filmu "Focus"

Polskie tłumaczenie angielskiego słowa „focus” to „skup się”. Wydawać by się mogło, że twórcy najnowszego hitu z Willem Smithem w roli głównej puszczają oko do widowni, każąc nam wierzyć, że czeka nas uczta dla intelektu – pełna fałszywych tropów i ukrytych wskazówek rodem z najlepszych złodziejskich filmów. Nic z tych rzeczy. Focus robi wszystko poza przyciąganiem uwagi, a tytuł stał się raczej smutną parodią niezrealizowanej ambicji filmowej.

Jess (Margot Robbie) jest piękna, ambitna i świetnie radzi sobie z drobnymi kradzieżami. Kiedy spotyka króla złodziei Nicky’ego (Will Smith), błaga go, by nauczył ją prawdziwie złodziejskiego fachu. Ich drogi zbiegają się po latach – w najmniej spodziewanym momencie muszą odpowiedzieć na pytanie: czy raz jeszcze powinni sobie zaufać?

Główne założenia reżyserów Glenna Ficarra i Johna Requa (którzy mają w dorobku całkiem przyzwoite Kocha, lubi, szanuje) wydają się następujące: zrobią Ocean’s Eleven dla nowego pokolenia, zainspirują się odrobinę Żądłem i stworzą szelmowsko lekką atmosferę, która zapewni przednią rozrywkę. Panów Ficarra i Requa dzielą jednak lata świetlne od inteligencji, zacięcia i świeżości Stevena Soderbergha, a ich wypocina reżyserska w postaci Focusa popada w zbytnie samouwielbienie. Ekscytująca muzyka i olśniewająco bogate, słoneczne ujęcia amerykańskich metropolii albo Buenos Aires w wykonaniu Xaviera Grobeta pozostają zabójczo nieefektowne, pozbawione jakiegokolwiek czaru, a tym samym tragicznie słabo zapadają w pamięć. Za sprawą projektu luksusowych wnętrz, miejskich krajobrazów podobnych do reklam samochodowych i ubrań prosto z kolorowych magazynów twórcy desperacko podejmują próbę oczarowania widza i pochwycenia jego uwagi, ale efektem pozostaje ten sam emocjonalny chłód. Scenariusz wykazuje gigantyczne braki szczególnie w kwestii drewnianych dialogów i absurdalnych splotów wydarzeń, które zamiast budzić podziw i zainteresowanie, co najwyżej wprowadzają w stan biernego oczekiwania na poprawę. Ta niestety nie nadchodzi. Fabuła razi absurdem i znikomą wiarygodnością. Focus jest tylko marną repliką perełek pokroju Ocean’s Eleven, a jego największą zbrodnią jest przewidywalność. Co jest kolejnym wynikiem ów mało wybuchowej mieszanki? Postępujące znudzenie i poirytowanie.

Gdyby tego było mało, film zawodzi także na froncie aktorskim. Miłosna wiarygodność romansu Nicky’ego i Jess sprawia, że Sean Connery i Catherine Zeta-Jones w Osaczonych przypominają ponadczasowych kochanków rodem z Titanica. Między aktorami brak chemii i zaangażowania, które budziłyby zaufanie ze strony widza. Margot Robbie pracuje w pocie czoła, by wyeksponować swoje zdolności aktorskie, ale i tak widać, że została zatrudniona głównie ze względu na ładną buzię i słodki uśmiech. Największym rozczarowaniem jest Will Smith, który nie może zetrzeć z twarzy śmiertelnego znudzenia swoją rolą, zupełnie jakby kompletnie brakowało mu na nią pomysłu. Grający Horsta Brennan Brown albo Adrian Martinez w roli Farhada mają o niebo więcej ikry, niż wspomniana niefortunna para.

„Nie daj się oszukać”, brzmi hasło na plakatach i niestety, nie da się zaprzeczyć, że Focus pozostawia wiele do życzenia. Przewidywalny, nudnawy i ubogi emocjonalnie, lepiej sprawdziłby się jako sposób na spędzenie wieczoru przed telewizorem. Lepiej więc poczekać do premiery DVD i oszczędzić sobie wypadu do kina.


blog comments powered by Disqus