Test na wytrzymałość

plakat filmu Test na wytrzymałość

Życie, którego nie było to opowieść o tym, co dzieje się z gospodyniami domowymi, jeśli oglądają za dużo seriali w typie Z archiwum X. Julianne Moore wciela się w postać matki, która nie może pozbyć się wspomnień o synu - ofiarze katastrofy lotniczej. Problem w tym, że jej wspomnienia są wg innych urojeniami wywołanymi poronieniem. Pamięta narodziny, wspólne zabawy, ostatni uśmiech syna tuż przed wejściem do samolotu, nie chce uwierzyć, że jej dziecko nigdy nie istniało. Podejrzewa, iż jest ofiarą jakiegoś spisku. Gdy wszyscy inni zaczynają zachować się tak, jakby wymazano im pamięć o Samie, znikają albumy ze zdjęciami, a kasety wideo, które były dowodem istnienia dziecka nagle nie działają, zdesperowana kobieta zaczyna szukać kogoś, kto potwierdzi jej wersję wydarzeń. Dociera do ojca Lauren - koleżanki Sama, która także zginęła w tej katastrofie. Razem próbują rozwikłać zagadkę wspomnień, których nikt nie pamięta.

Reklamujący film slogan "A jeżeli wszystko, czego doświadczyłeś, wszystko, co poznałeś było iluzją?" jawi się jako zapowiedź intrygującej historii. Motyw fałszywych wspomnień to wręcz kinowy samograj, potrafiący zainteresować widza i utrzymać go w napięciu do napisów końcowych. Niestety spółka: Gerald Di Pego (scenariusz) i Joseph Ruben (reżyseria) udowadnia, że nawet mając odpowiednie składniki, nie każda domowa gospodyni  potrafi upiec dobre ciasto. Wspomniany tu już motyw fałszywych wspomnień okraszono kliszami w postaci: Wiedza, która stanowi zagrożenie dla ludzi; Agenci Federalni współpracujący z tajemniczymi Nimi; Oni eksperymentujący na ludziach i posługujący się niedostępną zwykłym śmiertelnikom siłą i technologią. Z tym wszystkim zmierzyć się musi "prawie" samotna matka. Obraz wypełniają więc pościgi, przeplatane z rekonstruującymi się wspomnieniami dwójki głównych bohaterów - wszystko to doprowadzić ma nas do finałowego pojedynku, którego stawką jest życie dzieci. W tej niezbyt udanej opowieści Julianne Moore miota się po ekranie epatując zmęczeniem i irytacją, które udzialają się widzom i nie mijają nawet z napisami końcowymi. Fundowane nam przez autorów filmu rozwiązania kolejnych jej perypetii rażą nie tylko brakiem pomysłowości, ale przede wszystkim nieumiejętnym wprowadzaniem ich w obszar scenariusza. W efekcie, kiedy nie wiadomo co zrobić z "przeszkadzającym" scenarzyście jednym czy drugim bohaterem - zostaje on porwany do nieba przez tajemniczą, niewidzialną siłę. I tak oto ręką "boga" wyrwany zostaje z ekranu, by już nań nie powrócić. Siła ta i dysponujący nią wrogowie głównej bohaterki nie mają w sobie nic z finezji chociażby reżysera-demiurga, który rządził życiem Trumana Burbanka w Truman Show. Przypominają raczej rozkapryszone dzieci badające w komputerze wytrzymałość bohaterów gry Sims.

Głównej bohaterce udaje się pokonać wszystkie przeciwności i po zwycięskim pojedynku odzyskuje ukochanego syna. Wbiegając na plac zabaw w poszukiwaniu chłopca, wygląda jakby właśnie obudziła się z sennego koszmaru. Kiedy chwyta syna w ramiona i tuli, a chwilę potem rozmawia z poznanym przed momentem ojcem Lauren, domyślamy się już co to był za koszmar. Zmęczona domowymi porządkami zasnęła przy odcinku Z archiwum X, a bohaterowie serialu w sennej wizji zespolili się z naturalnym matczynym lękiem o dziecko. Oglądanie Życia, którego nie było jak i wspomnianego serialu matkom zdecydowanie odradzamy. Nie-matkom zresztą także.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus