Powtórka z rozrywki

plakat filmu Powtórka z rozrywki

Francuskie frontiere oznacza granicę; samo to słowo może mieć wielorakie znaczenia zależnie od kontekstu, w jakim jest użyte. W oparciu o materiały promocyjne polskiego dystrybutora najnowszego dzieła Xaviera Gensa, wniosek nasuwa się jeden – film Frontiere(s) przekroczy granice dobrego smaku i z miejsca stanie się najbardziej szokującym obrazem, jaki kiedykolwiek gościł w naszych kinach. Czy jednak sam szok i epatowanie przemocą wystarczy? Czy granica naprawdę została przekroczona?

Granica w dosłownym znaczeniu tego słowa jest w filmie celem piątki przyjaciół – złodziei działających na terenie pogrążonego w zamieszkach Paryża. Z łupem pochodzącym z ostatniego skoku zmierzają jak najdalej od epicentrum rzezi, którym stała się stolica Francji. Uciekając przed rysującymi się w czarnych barwach konsekwencjami swoich działań, trafiają z deszczu pod rynnę, bowiem motel na odludziu, w którym przyjaciele mieli się spotkać przed przekroczeniem granicy z Luksemburgiem, okazuje się siedzibą neonazistów wykorzystujących przyjezdnych mężczyzn jako źródło zabawy, a kobiety do reprodukcji.

Celem fanatycznej rodziny pod wodzą starego hitlerowca przyczajonego we Francji od czasów drugiej wojny jest powolna odbudowa czystej, aryjskiej rasy. To, wydawałoby się karkołomne, przedsięwzięcie totalnie opętało umysł zbrodniarza i konsekwentnie toruje on sobie drogę w wyznaczonym kierunku, – co więcej, ma w tym swoich popleczników. Gdy bohaterowie, na czele z Yasmine i ojcem jej dziecka Alexem, zostają złapani przez neonazistów, zaczyna się to, co znany z wielu innych produkcji tego typu – fizyczne i psychiczne tortury.

Z miejsca wyjaśnić trzeba, że największa bodaj atrakcja Frontiere(s) – bezkompromisowość w pokazywaniu aktów przemocy jest, krótko mówiąc, przereklamowana i nie odbiega od poziomu wyznaczonego przez Hostel Rotha czy Teksańską Masakrę Piłą Mechaniczną Nispela. Oczywiście – jest brudno, jest krwawo, jest mocno. Przemoc, mimo iż wielokrotnie tylko sugerowana, pokazana jest bardzo plastycznie i kiedy trzeba – dosłownie. Pomimo tego, Gans nie zbliża się do granicy, którą udało się przekroczyć wielu filmom przed Frontiere(s). Co więc zostaje jeśli odarliśmy omawiany tutaj obraz z jego największego podobno atutu? Niewiele. Reżyser nie wysilił się na oryginalność zarówno, jeśli chodzi o fabułę, jak i poziom wykonania. A chciałoby się powiedzieć „szkoda”. Europejski horror w okresie, kiedy amerykańskie kino grozy podupada, jest artykułem niezmiernie pożądanym i warto by było stworzyć coś, co powtórzy sukces Bladego Strachu czy Calvaire – może nie komercyjny, ale z pewnością promocyjny, który sprawi, że Europa stanie się jeszcze jaśniejszym punktem na mapie kinowego horroru. Zamiast tego Frontiere(s) powiela schematy fabularne tysiąca innych filmów, nie wyróżnia się niczym spośród ton produkcji typu „młodzi ludzie schwytani przez zwyrodnialców.” Godzien uwagi jest jedynie motyw próby asymilacji Yasmine, która zostaje żoną jednego z liderów neonazistów oraz jej specyficzna przyjaźń z inną, porwaną niegdyś przez szaleńców, kobietą. To jednak za mało, gdyż cała reszta filmu jest rozczarowująca i przewidywalna.

Ideologia, będąca motorem napędowym działań czarnych charakterów stworzonych przez Gansa jest mało wiarygodna, a chyba miało być inaczej. W pierwszych kadrach reżyser próbuje zarysować beznadzieję sytuacji społeczno-politycznej Francji, na tle której poznajemy bohaterów filmu. Ostatnia scena, gdy wybory wygrywa kandydat partii narodowej, miała stanowić klamrę kompozycyjną i zaakcentować niebezpieczeństwo wynikające ze skrajnie prawicowych rządów, od których jest już tylko krok do totalitaryzmu. Najważniejsza część Frontiere(s), czyli rozwinięcie, posuwa się jednak zbytnio w stronę bezmózgiego filmu podszytego gore, by ten polityczny manifest reżysera został odczytany jasno i precyzyjnie.

Europa póki co nie wykorzystała szansy na bycie hegemonem na rynku filmu grozy. Obraz Gansa nie zmieni tej sytuacji, gdyż za dużo w nim naleciałości kina amerykańskiego i pomimo, że technicznie filmowi nie da się zarzucić absolutnie nic, zasługuje na surową ocenę europejskiego widza. Brak we Frontiere(s) tego „czegoś”, co stanowiłoby o indywidualizmie obrazu. Można znakomicie wykorzystać francuskie plenery, zrobić iście europejskie dzieło w każdym calu. A tak mamy tylko dobrą powtórkę z rozrywki.


blog comments powered by Disqus