Recenzja filmu "Kraina lodu"

Kraina lodu ma w sobie wszystko, czego oczekuje się od filmów Disneya: piękną szatę graficzną, wpadające w ucho piosenki oraz sympatycznych bohaterów. Gdy za oknem jest szaro i ponuro, warto wybrać się do kina, by poczuć zimową atmosferę.

Walt Disney Animation Studios przez wiele lat nie potrafiło odnaleźć właściwej ścieżki rozwoju, którą chciałoby podążać. Na początku XXI wieku, po wpadce w postaci Rogatego Rancza Disney odwrócił się od kultowego stylu musicalowych animacji z lat 90-tych i podjął próbę konkurowania ze studiem Pixar w tworzeniu filmów animowanych komputerowo. Produkcjom tym brakowało jednak magii charakterystycznej dla produkcji spod znaku Myszy. W efekcie, po udanym artystycznie, ale finansowo rozczarowującym eksperymencie, jakim była tradycyjnie wykonana Księżniczka i żaba oraz przejęciu kilka lat wcześniej Pixara, Walt Disney w końcu odnalazł swoją drogę czerpiącą najlepsze elementy z obu światów. W ten sposób powstał film Zaplątani łączący elementy disneyowskiego musicalu z pixarowskim humorem, styl Małej Syrenki z technologią Odlotu. Kraina Lodu konsekwentnie kontynuuje i rozwija tę nową formę.

Rozpoczyna się, zgodnie z prawami gatunku… nie, nie trzęsieniem ziemi – sceną zbiorową z kapitalną piosenką i układem tanecznym w wykonaniu handlarzy lodem. Potężny chór męskich głosów przywodzi na myśl takie utwory jak chociażby „Virginia Company”, piosenkę otwierającą Pocahontas. W sekwencji tej poznajemy jednego z głównych bohaterów, sympatycznego Kristoffa oraz jego wiernego renifera Svena. W kolejnej scenie przenosimy się do pałacu królewskiego, w którym żyją dwie księżniczki: żywa i niesforna Anna oraz poważniejsza od niej Elsa, obdarowana magiczną mocą tworzenia śniegu i lodu. Wskutek nieszczęśliwego wypadku rodzice odseparowują od siebie siostry, zaś zdolności Elsy objęte zostają tajemnicą. Stan taki utrzymuje się aż do dnia, w którym starsza z sióstr ma w końcu objąć tron. Oczywiście, podczas balu koronacyjnego nie wszystko idzie zgodnie z planem…

Na samym początku wypada opisać warstwę plastyczną Krainy Lodu. Pod względem wykorzystania regionalnych (w tym wypadku skandynawskich) inspiracji Disney jak zwykle nie zawodzi. Zabudowania Arendelle przywodzą na myśl zarówno królestwo ze Śpiącej Królewny czy Zaplątanych, jak i kojarzą się z duńskimi, norweskimi czy fińskimi zabytkami. Z kolei doświadczenie animatorów Pixara pozwoliło na tak fantastyczne opracowanie różnych rodzajów śniegu i lodu, że podczas seansu ma się ochotę założyć ciepłą kurtkę. Zamarznięte miasto oraz lodowy zamek Elsy są pod tym względem wyjątkowym popisem w równym stopniu zmysłu artystycznego i możliwości  technologicznych.

Muzyczna warstwa filmu również nie daje powodu do narzekań. Oprócz wymienionego wyżej „Serca lodu”, ucho cieszą między innymi świetny duet  księżniczek „Pierwszy raz jak sięga pamięć” czy emocjonujący utwór ilustrujący przemianę Elsy w Królową Śniegu – „Mam tę moc”. Oczywiście, nie wszystkie piosenki stoją na równym poziomie. „Lód w lecie” czy „Nietentego” są muzycznie dużo mniej satysfakcjonujące, ale można im to wybaczyć, jako że są to utwory typowo komediowe. Jednym ze słabszych numerów jest „Miłość stanęła w drzwiach”, który można jednak potraktować jako nieco ironiczne potraktowanie klasycznego duetu zakochanych z disneyowskich produkcji.

Bohaterowie Krainy lodu w większości są rozpisani bardzo dobrze. Obie siostry mają wyraźne oraz ciekawie przedstawione charaktery. Anna jest żywiołowa i nieco ciamajdowata, a jej zachowanie, podobnie jak Roszpunki z Zaplątanych kojarzy się ze współczesną nastolatką. Elsa jest jej doroślejszą i poważniejszą przeciwwagą. Twórcom dość dobrze udaje się jednak uniknąć kliszy całkowicie różniącego się od siebie rodzeństwa. Zachowanie Elsy jest wyraźnie uzasadnione jej troską o bezpieczeństwo otaczających ją ludzi, wobec czego kontrast między siostrami rozkłada się bardziej na linii świadomość – nieświadomość zagrożenia, niż powaga – beztroska. Punkt dla Disneya za uniknięcie banału.

Kristoff to postać, która chyba najbardziej ze wszystkich disneyowskich bohaterów kojarzy się z Herkulesem. Jest prostolinijny, odważny, szczery i silny, a w dodatku posiada wiernego „rumaka”, który z kolei wydaje się mocno zbliżony charakterem do Maximusa z Zaplątanych, chociaż okazuje się stanowczo mniej upersonifikowany od swych odpowiedników z poprzednich filmów studia. Po obejrzeniu zwiastuna najwięcej obaw budziła postać bałwanka Olafa, jednak trzeba powiedzieć, że okazały się one nieuzasadnione. Nie jest to na szczęście kolejna irytująca postać humorystyczna. Olaf jest co prawda postacią rozluźniającą atmosferę, ale raczej poprzez naiwno-głupiutkie komentarze, niż tępe zachowanie. Można by go określić jako połączenie Kubusia Puchatka z Sidem z Epoki Lodowcowej. Swoją drogą, Czesław Mozil w tej roli wypada naprawdę przyjemnie i choćby dla niego warto zapoznać się z polską wersją językową Krainy lodu. Ostatnim z głównych bohaterów filmu jest książę Hans - ciekawie zreinterpretowany archetyp księcia z bajki. Podobnie jak w Księżniczce i żabie, scenarzyści postanowili wyjść poza oklepane schematy tego typu postaci. W postawie, sposobie mówienia i motywacji Hansa ukazali przerysowane cechy typowego księcia, tworząc kolejną niesztampową postać.

Gorzej sprawa ma się z drugim planem, który składa się w gruncie rzeczy wyłącznie z nieciekawego, pseudopruskiego arcyksięcia, postaci ani strasznej, ani śmiesznej, a kreowanej przez większość filmu na głównego negatywnego bohatera.

Walt Disney Animation Studios podąża szlakiem przetartym przez Zaplątanych i robi to w sposób bardzo udany. Kraina lodu ma w sobie wszystko, czego oczekuje się po filmach od Myszy: piękną grafikę, wpadające w ucho piosenki i sympatycznych bohaterów. Jest świetnym filmem na zimowe popołudnia, który przypadnie do gustu nie tylko najmłodszym widzom, ale również tym, którzy w dzieciństwie oglądali Piękną i bestię. Może nawet przyciągnie kogoś, kto pamięta kinowy seans Śpiącej królewny… Gdy za oknem jest szaro i ponuro, warto wybrać się do kina, by poczuć prawdziwie zimową atmosferę.

*Ciekawostka: W trakcie napisów końcowych polskiej wersji językowej nie usłyszymy oryginalnej piosenki „Let It Go” w wykonaniu Demi Lovato, lecz hiszpańskojęzyczną „Libre Soy” śpiewaną przez Martinę Stoessel znaną z serialu Disney Channel Violetta.


blog comments powered by Disqus