Recenzja filmu "Furia"

Trochę trudno podejść do Furii całkowicie obiektywnie. My, Polacy, jakby nie patrzeć, od maleńkości taplamy się w toposie martyrologii. II wojna światowa przedstawiana jest w naszym kraju jako wielka próba, a nawet „Wielka Próba”, w czasie której nasi szlachetni partyzanci dawali odpór wrogim, bestialskim nazistom (oczywiście ginąc śmiercią bohaterską i czystą, za to prawie nigdy nie hańbiąc się zabijaniem). Z drugiej strony, karmiono nas produkcjami pokroju Czterech pancernych i psa, w których Janek Kos - generyczny polski żołnierz, młody, piękny, sympatyczny – „strzelał czołgiem” w towarzystwie wesołej i barwnej ferajny, z psem włącznie.

A tu proszę. Załoga czołgu "Furia" wraca z misji w niepełnym składzie. Grupa zaprawionych w boju, zgorzkniałych, można wręcz powiedzieć – zniszczonych psychicznie, czołgistów jako uzupełnienie dostaje Normana, młodego żołnierza tuż po ośmiotygodniowym szkoleniu na… stenotypistę. Brzmi to trochę jak wstęp do komedii, ale uwierzcie - w Furii znajdziemy wiele emocji, jednak rozbawienia wśród nich nie będzie.

Don ‘Wardaddy’ Collier (Brad Pitt), dowódca załogi "Furii", w dość specyficzny sposób przygarnia młodego żołnierzynę pod swoje skrzydła. Z jednej strony, z pełnym wyrachowaniem zapewnia mu chrzest bojowy, pełen przemocy i cynizmu, z drugiej - zdaje się przynajmniej chwilami usiłować ochronić resztki niewinności chłopaka. To ciekawy i w sumie najbardziej rozbudowany z wątków, które możemy obserwować na ekranie.

Pozostali trzej pancerniacy także mają do odegrania sporą rolę w fabule, choć trudno nazwać ich postaciami drugoplanowymi (a przecież de facto nimi są). Oni także szykują Normanowi trudną szkołę wojskowego życia; zdają się mu zazdrościć mu jego świeżości i nieskalania śmiercią i wojną - co wielokrotnie prowadzi ich do często niepotrzebnego okrucieństwa. Nie da się ukryć, że widz bardzo szybko przywiązuje się do tego młokosa. Tym bardziej przejmujące są wydarzenia, których jest uczestnikiem - widok tego, jak chłopak łamie się, traci tę iskrę niewinności, którą w sobie nosił. Mimo wszystko, aż do ostatniej sceny mamy nadzieję, że w jakiś sposób uda mu się zachować człowieczeństwo i myślenia cywilizowanego człowieka , które inni, zdaje się, stracili dawno temu. Odbiór obrazu utrudnia nieco fakt, że cały film to w sumie jedna, długa scena walki, przerywana nieco klaustrofobicznymi scenami "z życia czołgu".

Sama wojna została ukazana dość paskudnie. To już jej końcówka - wojska zbliżają się do Berlina, zdziesiątkowane niemieckie oddziały robią, co mogą, by utrzymać pozycję i rozbić siły wroga. W jednej ze scen kolumnę czołgów atakują mali chłopcy w mundurach. W innej widzimy kilkoro dzieci powieszonych za "odmowę walki w obronie kraju". Nie brakuje krwi, bombardowań i ciężkiego ostrzału, w którym giną koledzy z batalionów. Jest szaro, panuje głód, a żołnierze nie mają już najmniejszej ochoty zaprzyjaźniać się ze sobą nawzajem, bo giną dziesiątkami, więc po co się przywiązywać? Wizja jakże odmienna i bardziej realistyczna od pokazywanej w naszych rodzimych "pancerniakach"! Reżyser, David Ayer, zadbał o to, żeby drobne szczegóły nie zepsuły całości obrazu. Mamy tu więc m.in. świetnie oddane działanie pocisków smugowych (wyglądają jak strzały z blastera - i tak wyglądać powinny), zgodne ze sztuką wojenną taktyki ataku i obrony (widać to dobrze w scenie starcia z niemieckim Tygrysem - zastosowanie pocisków dymnych czy "zajście" wroga od tyłu).

Jednocześnie nie może być za pięknie. W filmie nie zabrakło scen nie tyle patetycznych, co wyraźnie podkolorowanych pod amerykańską publikę. Prym wiedzie tu, niestety, kulminacyjna scena walki w unieruchomionym czołgu, gdzie pięcioosobowa załoga ściera się z batalionem SS. Całość jest rozciągnięta, dłuży się, a sceny śmierci są sztampowe i wywołują czasem wręcz uśmiech niedowierzania zamiast zapewne zakładanych przez reżysera i scenarzystę - wzruszenia czy złości. Dodajmy do tego przedstawianie niemieckich żołnierzy (w większości, bo nie zawsze) jako anonimowych "germańskich oprawców", pozbawionych cech ludzkich, a sprowadzonych raczej do roli mięsa armatniego/wielkiego zła, które należy tępić. Całość nosi w sobie rys wojennego kiczu.

Ten efekt łagodzą nieco sceny, które można uznać za katharsis Normana - i widzów. Końcówka, praktycznie bez puenty, scena w mieszkaniu dwóch Niemek czy załamanie nerwowe młodego żołnierza na pewno zrobią wrażenie na widzach.

Nie można nic zarzucić grze aktorów. Od Brada Pitta (niektórzy recenzenci uznali wręcz, że jego rola jest z pewnością oscarowa), poprzez wyciskającego co się da ze swojej - ckliwie napisanej - postaci "Bible’a" Shia LeBeouf (on akurat wydaje się najbardziej denerwującym bohaterem w całym filmie), idealnie oddającego prymitywa Grady’ego Jona Bernthala, aż po młodziutkiego Logana Lermana, który - to trzeba przyznać - świetnie pasuje na Normana: ze swoją chłopięcą urodą, młodziutką twarzą i dobrze zagranym zagubieniem, przerażeniem i desperacją świeżo upieczonego żołnierza.

Całość zasługuje na dwa podsumowania. Wizualnie Furia jest strzałem w dziesiątkę. Pola bitwy, rekwizyty, kostiumy - wszystko to jest dopracowane do ostatniej smugi sadzy. Dodatkowo podkreślono nastrój, klimatyczną muzyką (to także wielki plus). Z drugiej strony, fabularnie film może budzić kontrowersje. Scenariusz nie jest zły, ale miejscami Ayer zbytnio nasycił go hollywoodzkimi toposami wojennymi, gloryfikując śmierć "swoich", a zobojętniając nieszczęścia "tamtych". Być może to jest przyczyną tak różnych opinii, krążących wśród widzów. Przeplatanie świetnych scen walk z kiczowatymi scenkami rodem z gier komputerowych bardzo utrudnia jednoznaczną ocenę. Niemniej, Furia to film bardzo udany i warty uwagi, pomimo dość rzemieślniczej pracy reżysera. Jeśli zaryzykować ocenę w skali 1-10, to film Ayera zasłużył na dobre 7.

Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus