Recenzja trzeciego sezonu "Gry o tron"

"W grze o tron zwycięża się albo umiera. Nie ma kompromisu."

("When you play the game of thrones, you win or you die. There is no middle ground.")

Cersei Lannister

 

Kolejny sezon Gry o Tron już za nami. Pozostawił po sobie zszokowanych  i zagubionych widzów, których naruszone nerwy od jakiegoś czasu były już w strzępach, a jakby tego było mało, także pewien niedosyt i poczucie nieodżałowanej straty. Jeszcze żaden z poprzednich sezonów serialu produkcji HBO nie był tak mocny i intensywny, jak oficjalnie zakończony wczoraj sezon trzeci. Co więcej, ani pierwszy, ani drugi, nie obrazował i nie pasował tak idealnie do słów Cercei Lannister, które wypowiedziała do Neda Starka zaledwie kilka dni przed zamachem na jego życie.

Trzeci sezon poszedł na całość. Przekroczył wszelkie ustalone granice. O ile nigdy nie było w tym świecie miejsca na negocjacje, teraz jasnym jest, że przeżyć mogą tylko ci, którzy postawią się po jednej ze stron. Jeszcze bardziej podkreślił różnicę między przeżyciem a groźbą śmierci. Wygraną i przegraną. Siłą i słabością. Północą i Południem. Dobrem i złem. Lodem i ogniem. Od teraz nie będzie już odcieni szarości. Atmosfera zagęszcza się, a wraz z nią fabuła serialu oraz losy ulubionych bohaterów.

Jeśli ktoś z Was nie do końca pamięta już co wydarzyło się w poprzednich częściach serialu i ma ochotę sobie przypomnieć, to zapraszam do przeczytania recenzji drugiego sezonu.

Po cudem wygranej bitwie o Blackwater, Tywin Lannister przejmuje dowodzenie w Królewskiej Przystani i mianuje siebie namiestnikiem króla, by trzymać w ryzach szalonego Joffreya, jednocześnie pilnując królewskiej armii i jej poczynań na północy. Robb Stark, wbrew radom matki, poślubia Talisę i planuje kolejny atak na armię Lannisterów. Daenerys zdobywa upragniony statek i wyrusza przez Wąskie Morze do Astaporu, planując zakup własnych żołnierzy. Stannis Baratheon po niespodziewanej i wielkiej porażce pociesza się w ramionach Melisandre, która próbuje przekonać go, że dopiero nadejdzie czas na ich zwycięstwo. Natomiast Jon Snow wreszcie trafia przed oblicze Mance'a Raydera, władcy za Murem.

Tymi wydarzeniami rozpoczyna się kolejny rozdział opowieści, w którym twórcy nie omieszkali, jeszcze bardziej niż poprzednio, zaskoczyć widza nowymi postaciami oraz rozbudować znanych wszystkim bohaterów. Mieliśmy również szansę podziwiać lokacje, których niesamowitość podkreśla fakt, że większość kręcona była w oryginalnym plenerze. Jednak, pomimo swego piękna i dopasowania, zeszły na dalszy plan. Stały się przede wszystkim, podobnie jak muzyka, tłem dla skomplikowanych relacji między bohaterami. Wyjątkiem jest tutaj legendarny Mur, który przypomina gargantuiczną istotę, gotową pożreć każdego, kto spróbuje go pokonać. Efekty specjalne były jeszcze bardziej dopracowane, a wisienkę na torcie stanowiły trzy smoki Daenerys, których legenda dopiero się rodzi.

Jak wspomniałam wyżej, w trzecim sezonie Gry o Tron, twórcy, idąc tropem książki, zdecydowali się wprowadzić dużo nowych postaci. W wyjątkowy sposób udało im się uzupełnić wszystko to, co zostało pominięte lub było od początku nieobecne w cyklu George'a R.R. Martina. Łatwo można było się pogubić, szczególnie tym, którzy nie zaczęli jeszcze przygody z powieścią i o świecie Westeros dowiadują się jedynie z serialu. Aktorzy zostali dobrani rewelacyjnie do swoich ról. Rzadko w historii telewizji, czy ekranizacji  ogóle, zdarza się, by tak dopasować i zobrazować książkowych bohaterów, a nawet na swój sposób ulepszyć ich.

Na początku sezonu stajemy twarzą w twarz z Mancem Rayderem i plemionami dzikich zza Muru. Wraz z Jonem trafiamy do ukrytej wśród północnych, ośnieżonych górskich szczytów dzikiej wioski. To, co zauważyć można od razu, a co wyróżnione zostaje w kolejnych odcinkach sezonu, to że Dzicy nie pasują do świata Westeros. Są niczym wyjęci ze starych legend ze swoimi mamutami, olbrzymami, wargami itd.  Przynależą do starego porządku, a tego czas już przeminął. Ich dowódca, Mance Rayder, zagrany przez Ciarána Hindsa,  zdaje sobie z tego sprawę, a jednak podejmuje decyzję o wyruszeniu za Mur i podbiciu południa.

Wątek Aryi wprowadza nas do obozu Berica Dondarriona i Thorosa z Myr, czerwonego kapłana, którzy stoją na czele Bractwa bez Chorągwi (Brotherhood without Banners). Ta grupa leśnych rzezimieszków, dawniej członków znamienitych rodów, niczym Robin Hoodzi świata Westeros, walczą o sprawiedliwe rządy oraz mszczą się na swoich licznych wrogach, będąc jednocześnie wspieranymi przez prostych mieszkańców leśnych okolic.

Kolejną nową postacią sezonu jest Tajemniczy Oprawca Theona Greyjoya. Jego imienia jeszcze do wczoraj nie wolno było wymawiać, a odkrycie jego nazwiska z pewnością wprawiło w zaskoczenie wielu widzów serialu. Fani sagi Martina od razu zorientowali się o kogo chodzi i podziwiają brawurową grę aktorską Iwana Rheona, który nadał tej postaci niesamowicie wiarygodny, obłąkany wymiar potwora w ludzkiej skórze.

Na uznanie zasługuje również Lady Olenna Tyrell (odtwórczynią roli jest Diana Rigg), zwana Królową Cierni, seniorka roku oraz babcia przyszłej królowej Margaery. To prawdziwa mistrzyni gry słów i cichej manipulacji, bez której ród Tyrellów nie miałby szansy na konfrontację z wszechobecnie panującymi Lannisterami.

Nowymi postaciami uzupełniającymi, dzięki którym główni protagoniści zyskują dodatkowe wątki, są nieustraszony wojownik Daario Naharis, który dołącza do Khaleesi, a także Shireen Baratheon, oszpecona córka Stannisa, więziona niczym księżniczka w makabrycznej opowieści. Miłym zaskoczeniem było wprowadzenie do historii rodzeństwa Jojena i Meery Reed, których na swojej drodze spotyka Bran i uciekający z nim towarzysze. W wersji serialowej Jojen ( w tej roli znany z To właśnie miłość Thomas Sangster) jest starszy i w odróżnieniu od książki bardziej wiarygodny jako przewodnik młodego Starka po iluzorycznym świecie wrony o trzech oczach, a jego wyjaśnienia bardziej czytelne i zrozumiałe.

Także bohaterowie znani już i lubiani od początku serialu (bądź znienawidzeni) zyskali nowy wymiar, a ich dzieje zostały uzupełnione o nowe, kluczowe informacje. Część z nich została skonfrontowana z przeszłością, innym dane było zyskać nowe życie, przejść metamorfozę i trafić na szansę, by rozpocząć wszystko od nowa. Takich bohaterów o nowych twarzach wprowadzono wielu, bo fabuła serialu dba o to, by raz za razem zmieniało się status quo i żaden porządek nie utrzymał się zbyt długo. Dla przykładu tak właśnie dzieje się z Jaime Lannisterem, którego podróż z Brienne i nowe "przygody" niejako wymuszają na widzach nieprzewidzianą zmianę perspektywy. Nie inaczej jest w przypadku Melisandre, której motywacje zostają wyjaśnione przez wydarzenia z przeszłości, ułatwiając tym samym zrozumienie działań postaci. Natomiast dla Jona, Arii, Daenerys i Brana ostatnie odcinki zamknęły pewien etap, który był zaledwie wstępem, swego rodzaju zarysem do ich prawdziwego przeznaczenia.

To, co wyróżnia sezon trzeci od pozostałych, to eskalacja i jeszcze większa ekspozycja narastającego zła, które objawia się okrucieństwem, manipulacją oraz szaleństwem spotykanym na każdym kroku. Dosłownie w każdym odcinku nie zabrakło momentów naznaczonych obłąkaniem. Idealnym przykładem brylującej we własnym świetle postaci jest król Jeoffrey. Młody aktor Jack Gleeson jest tak wiarygodny w swojej roli, iż czasami aż trudno uwierzyć, że to jedynie odgrywana przez niego postać! Na drugim miejscu sławny Tajemniczy Oprawca, mistrz wymyślnych tortur, zarówno tych fizycznych jak i psychicznych. Chochlik i kłamca, przy którym Theon Greyjoy jest jedynie słabą, nic nie znaczącą ofiarą. Kolejny to lord Walder Frey, władca Bliźniaków. Dla niego tradycja, szacunek, prawdomówność czy honor, to wartości martwe, dla których nie ma miejsca na jego przepełnionym kazirodztwem dworze. Grono zamyka żona Stannisa, Selyse Baratheon, której przepełniona bólem, jedyna scena w serialu, pozwala wyciągnąć widzom nowe wnioski na temat mieszkańców Smoczej Skały.

Przemyślenia końcowe: UWAGA SPOILERY!

Legendarny już dziewiąty odcinek trzeciego sezonu, czyli Deszcze Castamere (The Rains of Castamere), jak i wczorajszy finałowy zatytułowany Mhysa były przełomowe dla całego serialu oraz opowiadanej w nim historii. Zakończyły pewien ważny dla fabuły etap. Wraz z nieodwołalnymi wydarzeniami Czerwonego Wesela upadła idea zjednoczonej północy. W konflikcie Stark/Lannister, to Lannisterowie wygrali i północ już nigdy nie będzie tak silna jak dawniej. Nie ma szansy na jej prawdziwe odrodzenie. Winterfell zburzone, Starkowie prawie wybici, a młodsze pokolenie rozrzucone jest po całym Westeros. Ich ród był stałym symbolem dawnych tradycji. Wierzyli w prawość i sprawiedliwość, cechy, które wraz z inwazją Lannisterów i rozpasanego południa zostały zmieszane z błotem. Poprzedni świat umarł, kraina rozpękła się, gotując pod narastającymi konfliktami. Północ przypomina starego olbrzyma, który powoli upada, pożerany zarówno od środka, jak i przez atakujących go od zewnątrz wrogów. Nadchodzi zima, a z nią upiorna armia zza Muru.

Równolegle jesteśmy świadkami dziwnej, wciąż niewyjaśnionej manipulacji. O ile lodowy władca pozostaje nad wyraz pasywny, to okrutny bóg ognia, czczony przez Melisandre i Thorosa, wydaje się pociągać za sznurki i obalać kolejnych wrogów Stannisa. Wszyscy są marionetkami w rękach czerwonych kapłanów, dla których żadna obecna frakcja nie odpowiada ich planom (przypominam, że wciąż nieujawnionym). Twórcy serialu jeszcze lepiej od samego George'a R.R. Martina pokazali, że poza całą tą polityką, poza tytułową "grą o tron" narasta w tej opowieści coś więcej. Coś, co nadchodzi nieubłaganie, czai się obserwując wydarzenia i ciągnie za sobą dwie paradoksalnie różne, a tak samo palące siły: lód i ogień, których nieuchronna konfrontacja, z odcinka na odcinek, wydaje się być coraz bliżej. Nam pozostaje tylko czekać, a kolejny sezon już za rok!

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus