Bogowie Egiptu, czyli siła męskiej przyjaźni z piramidami w tle - recenzja filmu

Bogowie Egiptu jeszcze przed premierą zostali uznani za film beznadziejny. Byłam święcie przekonana, że zgodzę się z tą opinią, gdy zobaczyłam jego chaotyczny zwiastun napakowany kiepskim CGI, czułam się jednak niejako w obowiązku go obejrzeć.

Byłam pewna, że spędzę wieczór na wyzłośliwianiu się, jak to ci głupi Amerykanie znowu nie zrozumieli, za co się zabrali i jak tak w ogóle można.Ale było trochę inaczej. Ostrzegam, że nie obędzie się bez spoilerów, ale nie sądzę, by psuły one odbiór filmu.

Wprowadzające sceny wrzucają nas w fantastyczny świat pomieszania porządków: bogowie i ludzie mieszkają razem nad życiodajnym Nilem. Pod rządami mądrego Ozyrysa prości Egipcjanie wiodą życie pozbawione większych trosk, a bogowie troszczą się o swoje domeny. Wszystko działa jak należy pod czujnym okiem Ra, który w ognistym okręcie przemierza nieboskłon. Czas jednak płynie i wszystko musi kiedyś się skończyć – starszy już król bogów postanawia przekazać władzę w ręce syna, być może z nadzieją, że obarczony odpowiedzialnością dojrzeje i spoważnieje. Horus o ego większym niż rozpiętość jego skrzydeł z dumą przyjmuje koronę, ale musi się przecież coś zepsuć – a kto jest w Egipcie od psucia? Oczywiście Set. Małe lwiątko musi uciekać, a zły wuj Skaza przejmuje władzę nad królestwem... A, zaraz...

Co się dzieje później, można przewidzieć – choć dobrze, że z moją towarzyszką nie założyłam się jednak o tę kawę, bo fabuła nie poszła w tym najbardziej oczywistym kierunku. Horus musi odzyskać władzę i obalić złego Seta, ciemiężony lud musi zostać wyzwolony, takie tam banały... opowiedziane tak, jak zrobiłby to egipski gawędziarz cztery tysiące lat temu, z uwzględnieniem – na pewno nie wszystkich, ale wystarczająco licznych – elementów, które byłyby dla niego istotne.

Tym, czego absolutnie nie spodziewałam się znaleźć w tym filmie, było solidne przedstawienie staroegipskich wyobrażeń o świecie. Nam, wychowanym na kulturze greckiej i żydowskiej, wizja rzeczywistości, jaką mieli poddani faraonów, wydaje się obca, bo czegóż tam nie ma – ciągła walka ładu z chaosem, ogromna liczba bogów, rozbudowane zaświaty... Film całkiem zgrabnie pokazuje świat jako przestrzeń starcia dopełniających się sił. Ciemność nieustannie napiera na światło, ale to nie jest walka dobra ze złem, ale aktywne utrzymywanie równowagi między dwoma koniecznymi elementami. Ra musi żeglować w swojej barce i co noc mierzyć się z Apofisem, demonem, który chce pożreć świat. To misja, której się podjął, bo żeby mógł być dzień, musi też być noc, a by na ziemi panował pokój, na niebie konieczna jest walka. W mitologii podobnie wygląda sytuacja z Horusem i Setem, których rywalizacja stanowi temat najbardziej znanej egipskiej opowieści. Najlepszym rozwiązaniem sporu o władzę nie jest ostateczne zwycięstwo jednego z nich, ale podział kraju i zgodna koegzystencja. To moment, w którym film mocno zgrzyta, bo zgodnie ze schematem, zły musi zostać pokonany i nie ma miejsca na negocjacje, przekonywanie, żeby wrócił na pustynię, której pilnowanie jest bardzo ważne, bo przecież żyją tam potwory i złe siły, a kto mógłby nad nimi zapanować, jeśli nie on? Szczęśliwie wiele innych elementów filmu nie odbiega tak mocno od pierwotnych idei, choć więc na pierwszy rzut oka jest on zwykłą sieczką fantasy z nadmiarem złotych elementów scenografii i wielkimi potworami, to po momencie namysłu okazuje się być w wielu miejscach zaskakująco trafny.

No dobrze, wizja świata jest jeszcze w miarę do ogarnięcia, ale co z tytułowymi bogami? Egipski panteon nijak się ma do uładzonego greckiego, który jest chyba jedynym politeistycznym systemem, z którym większość potencjalnych widzów tego filmu miała jakąkolwiek styczność (no, jest jeszcze nordycki, thank you, Marvel...). Hathor nie jest Afrodytą przebraną za krowę, a podstawowe drzewo genealogiczne głównych egipskich bogów to wierzchołek góry lodowej, starannie zresztą wygładzony, z wyciętymi schodkami i zamontowaną barierką. Bogowie należą do sfery abstrakcji – są różnymi obliczami jednej siły, prawa spajającego świat. Dlatego też w mitologii ich tożsamości się przeplatają i można się pogubić w symbolach, sposobach przedstawiania i kompetencjach poszczególnych postaci. Film, ściągając ich do konkretu, każąc wchodzić w interakcje z ludźmi, nadał im kształt, z którym można się spierać – bo cechy osobowości można było przypisać im absolutnie dowolne. Hathor wcale nie musiała być zalotna, Tot przemądrzały, a Horus niedojrzały, ale mogli tacy być, bo egipscy bogowie są tacy, jacy są akurat potrzebni. Najmniej pasowała mi charakterystyka samego Seta, który z mitologicznym odpowiednikiem nie miał za wiele wspólnego... ale mimo że twórcy nie chcieli zrobić z niego drugiego Lokiego, skojarzenia fabularne i estetyczne z Thorem i tak były nie do zniesienia. Postacie boskie dobrze kontrastowały z nielicznymi zwykłymi śmiertelnikami, Całkiem w porządku był Bek ze swoim sprowadzaniem Horusa na ziemię i bardzo ludzkimi odruchami oraz potrzebami, których bogowie, co istotne, nie bagatelizowali, tylko podchodzili do nich z szacunkiem – dokładnie tak, jak powinni.

Nie twierdzę, że było idealnie, bo z pewnością dałoby się to zrobić lepiej – na przykład trzymać się mocniej mitologicznego pierwowzoru, który sam jest bardzo ciekawy, nietypowy i świetnie by się nadawał do zaadaptowania na wielkim ekranie (rzucam wyzwanie Hollywoodowi – nakręćcie mi mit o rywalizacji Horusa z Setem, w którym za Horusem biega jego potężna matka-czarodziejka i ciągle załamuje ręce, że jej brat znowu coś knuje i nie, Horusie, nie jedz tej sałaty!). Zamiast tego dostaliśmy opowieść o rodzącej się męskiej przyjaźni ponad podziałami klasowymi, z obowiązkowym awansem społecznym dzięki sprytowi i dobremu sercu oraz wielką miłością przekraczającą bramy zaświatów. No ale właściwie czemu nie.

Mam tylko jedną pretensję: gdzie, na wszystkie demony podziemi, zgubili Izydę? Pojawiają się chyba wszystkie najważniejsze bóstwa, włącznie z Neftydą, którą pewnie mało kto kojarzy – ale imię Izydy nie pojawia się ani raz, a wspomniana jest tylko w jednej wypowiedzi po prostu jako matka Horusa rozpaczająca po śmierci męża. Nie ma Egiptu bez Izydy, to najważniejsza postać, jaką zrodziła staroegipska kultura, czczona później w Rzymie, a nawet na Wyspach Brytyjskich. Tu jednak zostaje przemilczana i zastanawiając się nad tym, doszłam do jednego wniosku, na myśl o którym mam ochotę walić głową w ścianę – czy zrezygnowano z Izydy przez jej... imię? W internecie głośno bywa co jakiś czas o nieszczególnie szczęśliwym położeniu dziewczyn i kobiet w kręgu anglosaskim, które otrzymały imię po tej bogini, bo słowo Isis zostało zagarnięte przez ludzi, którym do wartości ucieleśnionych w Izydzie jest najdalej jak to tylko możliwe. Jeśli naprawdę ktoś postanowił wykasować z egipskiego panteonu jedną z najważniejszych postaci, bo kojarzy się z wojną z terroryzmem, to ja chyba nie chcę już żyć na tej planecie. No, a może po prostu za dużo by było kobiet, jeszcze by się komuś pomyliły...

Skoro już jestem przy polityce, to muszę poruszyć kwestię, która jest, zdaje się, jedynym tematem pojawiającym się a propos Bogów Egiptu w anglojęzycznym internecie. W Stanach nawołuje się do bojkotu produkcji, ponieważ... bogowie są biali, a przecież Egipt leży w Afryce, więc na twórców sypią się gromy, że wybielili obsadę i zawłaszczają sobie afrykańską kulturę. Ja im się z jednej strony nie dziwię, bo rasizm ma się w USA świetnie i ludzie się bronią, jak mogą... Ale z perspektywy osoby, która spędziła sporo czasu przyglądając się egipskiej sztuce i czytając, co tylko wpadło jej w ręce, to trochę załamujące. Tak, Egipt leży w Afryce, ale... nie wszyscy mieszkańcy Afryki są czarni, a świat nie jest czarno-biały. Egipcjanie w swojej mocno symbolicznej ikonografii kolor skóry i przynależność etniczną ukazywali akurat realistycznie. Nie ma na przykład wątpliwości, że królowie z dynastii nubijskiej mieli ciemną skórę, ale jeśli wszyscy mieliby być tacy, to dlaczego ten jeden ród tak bardzo by się wyróżniał? Nie znaczy to, że Egipcjanie byli biali. O ile wiem, mogli być dokładnie tacy, jak... pokazuje ich film. Czyli po prostu różni. I też trochę mogę pomarudzić, że lepszy niż Geoffrey Rush w roli Ra byłby Morgan Freeman, a (prawie) jasnowłosy Horus to jednak nieporozumienie, ale już Hathor uważam za doskonałą, Tot również był niezły (przynajmniej wizualnie). Byłabym za tym, żeby do tych ról zaangażować aktorów latynoskich i arabskich, ale... Czy jest aż tak tragicznie, żeby nawoływać do całkowitego bojkotu, bo Amerykanie zawłaszczają afrykańską tożsamość, podczas gdy reżyser pochodzi z Kairu? Abstrahując już od faktu, że zawsze mnie uczono, że starożytny Egipt to bardziej Bliski Wschód. Ale pewnie Amerykanie wiedzą lepiej.

Podsumowując – idźcie do kina i sprawdźcie sami. Nie obiecuję, że Bogowie Egiptu to wyrafinowana rozrywka, ale czekają was dwie godziny ładnych widoków, autoironicznego scenariusza, niezłych dialogów, wielkich obelisków i potworów, labiryntów w skarbcach i Jaimego Lannistera, który znowu zgubił kawałek ciała i błąka się po sporym kawałku mapy. Nie ma w tym filmie zbyt wielu powodów do załamywania rąk, chyba że naprawdę nie lubicie, jak bohaterom się wszystko udaje. A mimochodem można nasiąknąć dawką wiedzy na temat starożytnego Egiptu – może nie faktów, bo te zostały nagięte do fantastycznej stylistyki, ale klimatem, znacznie bliższym, jak sądzę, temu, jak naprawdę swój świat postrzegali starożytni Egipcjanie niż klasyczne obrazki armii niewolników budujących piramidy i faraona ścigającego Żydów przez Morze Czerwone. Jest zabawnie, kolorowo i fantastycznie, a przy tym całkiem trafnie – niewiele jest takich przedstawień Egiptu w popkulturze. A może komuś tak się spodoba, że sięgnie do innych źródeł i odkryje, jaka to była świetna kultura? Sama w końcu wpadłam w nią przez Stargate... A nawet jeśli nie, to jeden z tych filmów, które warto obejrzeć, by mieć własne zdanie, a nie powtarzać cudze opinie, od których włosy stają dęba, a Ra musi się zatrzymać, by się wyśmiać. A jak się przez to spóźni i Apofis nas zje? Nie można do tego dopuścić!

Korekta: Loë Gingerstorm, Damian "Nox"Lesicki


blog comments powered by Disqus