Recenzja wydania DVD filmu "Godzilla"

Autor: Monika "Katriona" Doerre
Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska
18 listopada 2014

Sequele, prequele czy rebooty – ostatnimi filmowy światek Hollywood zasypuje widzów produkcjami, które w większości przypadków okazują się odgrzanymi kotletami albo kontynuacjami przygód bohaterów lubianych przez publikę. Czasami takie ponowne spotkania po latach okazują się czymś ożywczym, wywołują lekką nutkę nostalgii, jednak zdarzają się przypadki, kiedy sięgnięcie po kiedyś sprawdzony model nie owocuje niczym dobrym. Kiedy ogłoszono, że filmowcy po raz kolejny pragną przywrócić do ekranowego życia jednego z najbardziej znanych potworów, Godzillę, miłośnicy kaijū zamarli w oczekiwaniu na końcowy efekt. Niestety, otrzymali nie do końca to, czego się spodziewali.

Historia rozpoczyna się jak wiele podobnych filmów opowiadających o starciu potworów. Naukowcy budzą wielkie monstrum do życia, próba wyeliminowania niebezpieczeństwa nie powodzi się. Na ratunek przybywa Godzilla, która pragnie pokonać przeciwnika. Oczywiście kaijū pomagają również dzielni żołnierze, zwłaszcza jeden – Ford Brody. Żeby jednak nie było za łatwo, a film nie skończył się za wcześnie, niebawem okazuje się, że Godzilla i ludzkość, będą musiały zmierzyć się nie z jednym, ale dwoma przeciwnikami.

Największą bolączką produkcji nie są efekty specjalne, bo te można uznać za jeden z najbardziej udanych elementów filmu, o czym za chwilę, ale gra aktorska, a raczej jej namiastka. Gdyby nie to, film można by uznać za całkiem przyjemny, zjadliwy i lekki. O ile bohaterowie drugo- i trzecioplanowi, choćby Bryan Cranston czy Ken Watanabe, potrafią dobrze zaprezentować swoje postaci i emocje nimi targające, tak już protagonista, grany przez Aarona Taylora-Johnsona,  nie. Sztuczny, drewniany – niczym kukiełka poruszana przez mistrza lalek. Żadnych emocji, żadnej mimiki twarzy, żadnej próby przekonania widza, że bohater naprawdę się przejmuje.

Nie lepiej zaprezentowała się filmowa żona protagonisty – grana przez Elizabeth Olsen. Prawda wygląda tak, że jej wątek równie dobrze mógłby zostać całkowicie pominięty. Aktorki nie zauważa się, nie wnosi ona bowiem nic zarówno do fabuły, jak i gry aktorskiej, o ile o takiej można w ogóle mówić. Elizabeth i Aaron, małżeństwo, nie pokazali żadnej chemii, nie widać było, że tę dwójkę coś łączy. Samo zapewnianie o dozgonnej miłości nie wystarczy.

Na szczęście Godzilla w jakiś sposób wybawiła tę produkcję od zapomnienia. Trzeba przyznać, że potwór zrobił piorunujące wrażenie. Wielki, potężny, majestatyczny. Unowocześniona wersja podoba się, jest lepiej dopracowana, ale nie została zbytnio udziwniona. Wprawdzie jej przeciwnicy nie do końca przekonują, wyglądają bardzo pokracznie, w pewnym momencie widz może mieć skojarzenie z krzyżówką pająka i Predatora, jednak na pewno budzą strach.

Skoro o M.U.T.O.s mowa, na DVD znajdziecie krótki filmik przedstawiający korzenie tej rasy: skąd kreatorzy czerpali pomysły i jak wyglądał proces "twórczy". Drugi materiał na płycie dotyczy tworzenia filmowego chaosu. Tak, dobrze widzicie – filmik pokazuje, jak spece od efektów specjalnych i scenografii budowali zdewastowane miasto.

Efekty specjalne, scenografia i wspomniane wyżej potwory to najmocniejsze atuty produkcji. Scena skoku spadochronowego do ogarniętego chaosem miasta, które przykrywa czarna chmura pyłu, to jedna z najciekawszych sekwencji. Nie tylko robi wrażenie na widzu, ale również na długo zostaje w pamięci. To właśnie dla takich scen warto obejrzeć film Garetha Edwardsa.

Godzilla rozczarowuje. Jednak nie pod względem dźwiękowym, wizualnym czy fabularnym, choć ten ostatni element w ostatecznym rozrachunku nie okazuje się niczym innowacyjnym (utarta ścieżka, znane schematy), ale grą aktorską. Gdyby nie ona, film na pewno zyskałby więcej w oczach odbiorców. 



blog comments powered by Disqus