Testament Eastwooda

plakat filmu Testament Eastwooda

Gran Torino od początku przewidziany był jako coś więcej niż opowieść o nietolerancji rasowej, nawróceniu, dostrzeżeniu drugiego człowieka. Miał to być film-pożegnanie; pożegnanie Clinta Eastwooda ze wspaniałą, wieloletnią karierą aktorską, gdyż po tym to obrazie twarz znana na całym świecie, nie tylko kinomanom, miała zniknąć na zawsze z wielkiego ekranu. I choć w najnowszych wywiadach legendarny reżyser ostrożnie odcina się od wcześniejszych deklaracji, póki co Gran Torino funkcjonuje w powszechnej świadomości jako swoisty testament Eastwooda-aktora.

Bohaterem filmu jest Walt Kowalski, weteran wojny w Korei, któremu przychodzi mieszkać w sąsiedztwie znienawidzonych Azjatów. Na domiar złego, najbliższa rodzina traktuje go jak zniedołężniałego starca, zdolnego już tylko do przekazania swoich oszczędności na ich konto i usunięcie się w chłodny cień drzew domu spokojnej starości. Jednak Eastwood, tak jak postaci z wielu innych jego filmów, nie poddaje się. Pomimo prawie osiemdziesięciu lat na karku, nadal budzi respekt wśród miejscowych młodocianych gangsterów. Pomimo uprzedzeń noszonych w sobie przez całe życie, Kowalski w kontaktach z nowymi sąsiadami zauważa szansę na zmianę samego siebie, w czym niespodziewanie Azjaci przychodzą mu z pomocą. Pomimo wypracowanej, wieloletniej emocjonalnej alienacji, Kowalski otwiera się na nową kulturę.

Na ekranie oglądamy nie tyle Walta Kowalskiego, co Clinta Eastwooda, syntezę wszystkich postaci odtwarzanych przez niego w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Jest w Kowalskim coś z Harry'ego Callahana, są gesty i mimika Bezimiennego z filmów Leone, jest wreszcie William Munny z Bez Przebaczenia ze swoim zwątpieniem w świat, w którym przyszło mu żyć. Walt nie reprezentuje bowiem postawy skrajnie rasistowskiej, jak sugerują materiały promocyjne filmu; Kowalski to przykład mizantropa, który nie może znieść widoku drugiego człowieka. Z taka samą niechęcią traktuje wszystkich, nie zważając na kolor skóry. Jednak pod maską twardziela drzemie łaknienie kontaktu z drugim człowiekiem, kontaktu opartego na przyjaźni i zrozumieniu, którego sam nie otrzymuje. Nieprzypadkowo bowiem w Gran Torino Eastwood pokazuje wyłącznie emigrantów, bądź ich potomków, chcąc tym samym powiedzieć, że Stany Zjednoczone nadal są „krajem wolnych, ojczyzną dzielnych ludzi” jak mówi hymn Gwieździsty Sztandar. Nie jest istotne z jakiego zakątka świata przybywasz, bowiem w Ameryce znajdziesz swoje miejsce. Nieco utopijna to wizja, lecz po seansie Gran Torino faktycznie przyjdzie widzom, zastanowić się nieco nad rolą jednostki w budowaniu tego świata, opartego przecież na relacjach międzyludzkich. Przyjdzie nam w tę wizję mimo wszystko uwierzyć, głównie ze względu na perfekcyjnie skonstruowany scenariusz oraz kreację aktorską Eastwooda, będąca znakomitym podsumowaniem jego dorobku.


blog comments powered by Disqus