Pomarańcza... bez soku

plakat filmu Pomarańcza... bez soku

Wielka ekstaza Roberta Carmichaela to obraz nazywany przez niektórych Mechaniczną Pomarańczą XXI wieku. Niestety mocno na wyrost.
Film opowiada historię upadku tytułowego Roberta - nastoletniego ucznia angielskiej szkoły średniej, który wychowywany jest przez matkę - nauczycielkę muzyki. Jego dzień, poza szkolnymi obowiązkami, wypełniają lekcje gry na wiolonczeli i spotkania z przyjaciółmi. Jest zwyczajnym, nieco nieśmiałym nastolatkiem. Dorasta. W zaciszu domowej toalety z wypiekami na twarzy odkrywa seks na kartach książek Markiza De Sade. Wkracza w okres buntu, czego wyrazem stają się ucieczki ze szkoły i eksperymenty z narkotykami.
"Wrota percepcji" pozwala mu przekroczyć pojawienie się Larry'ego - dealera narkotyków, który po 18 miesiącach odsiadki wraca do rodzinnego miasteczka. Narkotyczny trip, do którego przepustką staną się magiczne happy pills, skończy się napadem na dom i brutalnym gwałtem oraz zabójstwem zamieszkującego go małżeństwa.
Reżyser Thomas Clay z zimną obojętnością portretuje społeczność angielskiej miejscowości akcentując jej problemy (bezrobocie) i wszechobecną nudę. W tym miejscu blisko mu do Kena Loacha i Mike'a Leigh, o ile jednak bohaterów tworzonych przez tych klasyków kina proletariackiego możemy polubić, to bohaterowie Claya do końca pozostają nam obojętni. Wzajemne rodzinne relacje w obrazie Claya świadomie mają temperaturę wsytygłej angielskiej herbaty. Niestety równie bez emocji oglądamy drogę Roberta ku życiowej przepaści. Do finałowego rozwiązania reżyser prowadzi nas w sposób szkolny, po sznurku. W efekcie film przypomina bardziej rekonstrukcję zdarzeń z policyjnych programów typu 997, niż mającą wywołać poruszenie przypowieść. Thomas Clay nie szczędzi nam natomiast przemocy. W finałowej scenie wyciska ją z aktorów do ostatniej kropli potu. Ładunek ten dosłownie miażdży widzów. Pytanie tylko w jakim celu?
W atmosferę małego miasteczka Clay wprowadza echa wojny w Iraku. Jest ona obecna w TV i radiowych komunikatach. Zaś finałową scenę gwałtu zderza z dokumentalnymi ujęciami innych konfliktów zbrojnych XX wieku. Wielkie Zło rodzi się z małego? czy też sugestia by najpierw posprzątać na własnym podwórku zanim wkroczy się z miotłą na czyjeś inne? Żadna z tych tez nie broni się w sposób ostateczny.
Wielka ekstaza Roberta Carmichaela budzi skojarzenia z takimi obrazami jak Funny Games Michaela Haneke, Mechaniczna Pomarańcza Stanleya Kubricka czy, wreszcie, Nędzne Psy Sama Peckinpaha. Brak jej jednak wyrazistości i wyrafinowania wspomnianych dzieł. Wbrew, dopisywanej na siłę, nadbudowie jest to film w żaden sposób nie zgłębiający zakamarków ludzkej duszy, nie sposób też uznać go za socjologiczny portret. Epatowanie dosłownym okrucieństwem to jedyna "silna" strona tego obrazu. Trudno jednak znaleźć w nim coś, co usprawiedliwiałoby fundowanie widzom tego rodzaju "widowiska".


blog comments powered by Disqus