Recenzja filmu "Griff the Invisible"

Superbohaterowie w wersji „realˮ to jak widać nie tylko specjalność amerykańska. Niektórzy objawili się również w Australii. Tam też nocą nad porządkiem i bezpieczeństwem czuwa Griff (Ryan Kwanten). Griff Niewidzialny.

Jest on superbohaterem, który nocami patroluje okolicę. Jako że potrafi nieźle korzystać z elektroniki, cały czas czuwa. Kiedy pojawia się problem, odziany w kostium z wielkim "G" na piersi gna na ratunek, szermując swymi supermocami. Pośród wielkich czynów fantazjuje jeszcze tylko o jednym – by stać się niewidzialnym… Tyle nocą.

Za dnia ten sam Griff jest życiowym nieudacznikiem, zahukanym pracownikiem biurowym, terroryzowanym przez starszego brata Tima (Patrick Brammall), któremu „winien okazywać wdzięczność”. Z czasem zaczyna marzyć o zemście, a nawet korzystając ze swych zdolności, jako Niewidzialny, ją realizować.

Zemsta wszak bywa narzędziem obosiecznym, bo kiedy oglądamy dokonania Griffa z zewnątrz – oczami rzeczonego brata, policji, szefa – prezentują się zgoła odmiennie.  Supermoce nie bardzo widać, przeciwnie, wydają się one poważną aberracją psychiczną. Do tego wszystkie wspomniane czynniki mają bardzo zły wpływ na życie osobiste i zawodowe Griffa.

Jedynie Melody (Maeve Dermody), początkowo dziewczyna Tima, rozumie sytuację jego młodszego brata, jego dylematy i pragnienia. Sama prowadzi cokolwiek osobliwe eksperymenty – roi o przeniknięciu przez ścianę. Jako że jej pasją jest badanie ograniczeń nauk ścisłych, postanawia pomóc Griffowi stworzyć niewidzialny superkostium.

Oboje uciekają od rzeczywistości we własny, wyimaginowany świat, a z tego rzeczywistego szarego i nudnego, najchętniej by zniknęli. Starają się więc na co dzień  być niezauważalni. To drugi wymiar tytułowej niewidzialności. Ford nie gani marzeń Griffa i Melody o niemożliwym, przeciwnie - zdaje się zachęcać, by do nich dążyć. Nawet jak jesteś dziwolągiem (tak Griffa nazywa policjant, co uszło uwadze tłumacza) zawsze znajdziesz sobie miejsce, choćby u boku innego dziwoląga.

W tej kuriozalnej, napisanej i wyreżyserowanej przez Leona Forda historii, realność przenika się z urojeniem. To właśnie w tym celu użyto niezłych efektów specjalnych. Nie mają epatować, ale podkreślać płynną granicę pomiędzy fikcją a rzeczywistością. Momentami zdaje się, że łączy je wiele, kiedy indziej widać poszerzający się rozdźwięk. Przy tym Ford chyba naprawdę hołduje wyznawanej przez Melody teorii światów równoległych. Dzięki temu w ostatecznym rozrachunku ani jej, ani Griffa nie postrzega jako szaleńców, ale bardziej odkrywców „poszerzonej rzeczywistościˮ. Takich współczesnych bitników.

Filmowi Griff the Invisible przypięto etykietę romantycznego komediodramatu. I tak jak większość tego rodzaju produkcji w ostatnich latach jest ona adresowana do pokręconych singli po trzydziestce. Reszta widzów zakończy seans wzruszając (z niedowierzaniem) ramionami. No i może z lekkim, pobłażliwym uśmieszkiem.



blog comments powered by Disqus