Recenzja filmu "Strażnicy Galaktyki"

Autor: Hagath

Kiedy Marvel Studios po raz pierwszy zapowiedziało Strażników Galaktyki, można było spotkać się z reakcjami dwojakiego typu. Osoby znające tylko podstawowych superbohaterów zadawały sobie pytanie, kim w ogóle są tytułowe postacie, natomiast ci, którzy czytali więcej komiksów, ze zdziwieniem zawołali „Serio? Oni?”. Okazuje się jednak, że wybór Strażników Galaktyki jest strzałem w dziesiątkę. Z jednej strony Marvel przestawia widowni zupełnie nowych bohaterów, przez co jego filmowa seria zyskuje pewien powiew świeżości. Z drugiej zaś strony Strażnicy Galaktyki stanowią swoistą wisienkę na torcie złożonym z produkcji duetu Disney/Marvel – wprowadzają widza w niezwykle interesujące kosmiczne światy, a także po raz pierwszy głośno mówią o tym, co do tej pory było tylko w sferze domysłów i zgadywanek fanów.

Peter Quill urodził się na Ziemi, lecz jako mały chłopiec został porwany przez Obcych i trafił w odległy zakątek Galaktyki. Wychowany przez przestępczą grupę Łowców, w pewnym momencie próbuje zacząć działać na własną rękę i zdobywa niezwykle cenny artefakt, którym, jak się później okazuje, interesują się najbardziej niebezpieczni mieszkańcy wszechświata. Szybko staje się więc obiektem polowania łowców nagród oraz profesjonalnych asasynów. Dzięki temu poznaje jednak niezwykłą grupę rzezimieszków mających w przyszłości stać się jego najlepszymi przyjaciółmi: profesjonalną zabójczynię Gamorę, Rocketa, czyli przypominającego ziemskiego szopa geniusza ze zbyt dużą miłością do broni masowego rażenia, Groota – małomówne humanoidalne drzewo o niezwykłych zdolnościach, a także Draxa Niszczyciela – honorowego wojownika chcącego pomścić swoją zamordowaną rodzinę.

Zwiastuny Strażników Galaktyki były tak dobre i zachęcające, że słusznie można było się obawiać rozczarowania. Już wielokrotnie trailery okazywały się przecież dużo lepsze od efektu końcowego. Nie tym razem. Twórcy nie zdradzili w nich zbyt wiele i świetnie wprowadzili widza w zwariowany świat Strażników jeszcze na etapie promocji. Dzięki temu nowa produkcja Marvela to prawdopodobnie jedna z lepszych komedii science fiction. Zarówno żarty sytuacyjne jak i te w dialogach nie są w żaden sposób sztuczne czy wymuszone, a każdy widz prawdopodobnie choć raz dosłownie popłacze się ze śmiechu.

W filmie mamy kilku superbohaterów, więc wypadałoby każdemu poświęcić chwilę uwagi. Oglądając zwiastuny, można było odnieść wrażenie, że największą gwiazdą produkcji będzie Rocket. Nic bardziej mylnego – na pierwszy plan wysunął się niepozorny Groot. Bohater, któremu głosu użyczył Vin Diesel, jest połączeniem ogromnej siły z prostolinijnością i oddaniem wobec przyjaciół. Sam aktor nie mógł się za bardzo popisać – musiał po prostu powiedzieć kwestię „I’m Groot” na kilkadziesiąt sposobów. Dlatego też największe uznanie należy się w pierwszej kolejności grafikom koncepcyjnym i specom od efektów specjalnych, a także scenarzystom oraz reżyserowi. Groot jest niewątpliwie jednym z najważniejszych członków drużyny, ponieważ posiada nadludzką siłę, a jego ciało potrafi stworzyć praktycznie niezniszczalną tarczę, która nie raz uratowała życie któremuś ze Strażników. Ponadto jego animacja została niezwykle dopracowana – jego wielkie oczy oraz rozbrajająca mimika twarzy sprawią, że widz poczuje, jak topi mu się serce na widok tego niezbyt rozgarniętego, ale niezwykle lojalnego olbrzyma.

Groot może odrobinę przyćmił Rocketa, ale nie znaczy to, że genialny szop nie jest świetną postacią. Warto w tym miejscu podkreślić, iż prawdopodobnie jest to jeden z najlepszych amerykańskich dubbingów, jakie można usłyszeć – Bradley Cooper tchnął życie w Rocketa i nadał mu nietuzinkowego charakteru. Widać, że bardzo wczuł się w rolę, chociaż to przecież nie jego widać na ekranie. Rocket stał się dzięki temu nie tylko doskonałą postacią komediową, ale też autorem wielu trafnych komentarzy dotyczących bieżącej sytuacji bohaterów (należy się tutaj kolejny ukłon w stronę scenarzystów).

Czas przyjrzeć się aktorom, których rzeczywiście można było podziwiać na ekranie. Chris Pratt w roli Petera Quilla aka Star-Lorda sprawdził się naprawdę dobrze. Świetnie oddał zawadiacki charakter bohatera, która ze zwykłego rzezimieszka przeradza się w prawdziwego herosa. Słowa uznania należy również skierować w stronę Dave’a Bautisty. Drax Niszczyciel w jego wykonaniu przykuwa uwagę – z jednej strony ukształtowała go dramatyczna przeszłość, ale z drugiej strony jego honorowe i dość… dosłowne podejście do wszystkiego czynią z niego świetną komediową postać. Chyba najmniej wyróżnia się grana przez Zoe Saldanę Gamora, choć nie można jej odmówić zabójczego uroku oraz przyciągającej wzrok urody.

Niestety, problemem Marvela ponownie okazują się antagoniści głównych bohaterów. W uniwersum studia wciąż brak jest przykuwających uwagę i zapadających w pamięć czarnych charakterów. Długo dominował Loki, ostatnio pojawił się Zimowy żołnierz, ale czy ktoś jest w stanie wymienić kogoś ciekawego oprócz nich? Niestety Strażnicy Galaktyki nie uzupełniają tej krótkiej listy. Owszem, pojawia się wątek Thanosa, którego można było zobaczyć w dodatkowej scenie po Avengers, ale tak naprawdę jego obecność została tylko zaznaczona i zapewne Marvel zdąży wydać jeszcze kilka filmów, zanim w pełni ujawni potencjał tej postaci. Na głównego przeciwnika Strażników wyrósł Ronan Oskarżyciel, w którego wcielił się Lee Pace. Postać niewątpliwie niebezpieczna, ale bardzo przypominająca Malekitha z Thor: Mroczny świat. Ot, potężny wariat, który chce zniszczyć całą Galaktykę. Czemu? Chyba tak po prostu. Gdzieś tam niby wspomina się o trudnych relacjach ludów Kree i Xandaru, ale podobnie jak w sequelu Thora tylko wspomniano o wojnie między Mrocznymi Elfami i Asgardczykami. Ronan czyni film bardziej widowiskowym, ale na pewno w dłuższej perspektywie nie zyska zbyt wielu fanów. Szkoda też, że nieco zaniedbano postać granego przez Benicio del Toro Kolekcjonera – sceny z nim są jedynie swoistą ciekawostką dla co bardziej spostrzegawczych widzów, a także wprowadzeniem w wątek Kamieni Nieskończoności.

Dość interesującą postacią okazała się Nebula, w którą wciela się Karen Gillan. Jest groźna i charakterna, choć niewątpliwie za rzadko twórcy filmu ukazywali jej pełen potencjał. Niemniej należy zaliczyć na plus, że wreszcie w filmach Marvela pojawił się całkiem ciekawy złoczyńca płci żeńskiej.

Na koniec wypada poświęcić parę słów Yondu, który ni to jest przeciwnikiem głównych bohaterów, ni to jakąś zwykłą poboczną postacią, która ma parę ciekawych scen. To właśnie on wychował Petera Quilla i jest niezwykle niezadowolony z faktu, że ten „wystawił go do wiatru”. Bohater najbardziej przykuje uwagę miłośników serialu The Walking Dead, bowiem gra go Michael Rooker – serialowy Merle Dixon. Jego sposób grania jest wręcz identyczny jak w serialu ABC, co nawet się sprawdza w przypadku Yondu, lecz szkoda, iż aktor nie pokazał widzom czegoś nowego.

Minusem filmu jest to, że jego komediowy charakter nieco przyćmił dramatyczną historię poszczególnych bohaterów. Przeszłość każdej postaci została streszczona w praktycznie dwóch zdaniach, a przecież to właśnie tragiczne wydarzenia z poprzednich lat sprowadziły ich na ścieżkę przestępczości. Niby było to wystarczające wprowadzenie na potrzeby całej historii, ale niektórzy widzowie mogą poczuć pewien niedosyt.

Nie ma wątpliwości, iż Strażnicy Galaktyki są pozycją obowiązkową dla każdego fana Marvela. Jeśli ktoś uważnie oglądał poprzednie filmy, a do tego choć trochę interesuje się samymi komiksami, będzie zachwycony. Do tej pory tylko wspominano o innych rasach i światach w Thorze, Avengers oraz w serialu Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. Teraz widzowie nareszcie mogą poznać niezwykle interesujące zakątki Galaktyki. Wszystko zaczyna się łączyć w jedną całość – krótkie sceny z innych filmów oraz z serialu nagle zyskują na znaczeniu, a wiele wątpliwości fanów zostaje wyjaśnionych. Szkoda tylko, że niektóre wątki czy elementy wszechświata zostały przedstawione dość „na szybko” – szczególnie brakuje tutaj czegoś więcej o chroniącej mieszkańców Xandaru jednostce Nova, która przecież dorobiła się własnej serii komiksów.

Jednym z elementów promocji filmu była muzyka z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Rzeczywiście jest ona świetnym uzupełnieniem obrazu, nadaje historii niezwykły klimat oraz podkreśla jej komediowy charakter. Niewątpliwie w przyszłości trzeba będzie zaopatrzyć się w pełen soundtrack, bo tak melodyjnych kawałków po prostu nie można ot tak wyrzucić z głowy. Muzyka w nowym filmie Marvela ma większe znaczenie niż kiedykolwiek – bez niej Strażnicy Galaktyki nie byliby tacy sami.

Przygody kompanii Petera Quilla ogląda się niezwykle przyjemnie. Film zachwyca akcją oraz efektami specjalnymi, a przy tym jest najbardziej zabawnym filmem Disney/Marvel, jaki powstał do tej pory. Rzeczywiście stanowi prawdziwą wisienkę na torcie wytwórni, sprawnie wprowadzając widzów w rozbudowane kosmiczne uniwersum. Spędzenie dwóch godzin ze Strażnikami Galaktyki na pewno nie okaże się straconym czasem, a świetną rozrywką i ukłonem w stronę fanów komiksów.


blog comments powered by Disqus