"Przełęcz ocalonych" - recenzja filmu

U Gibsona bez zmian

Ulubiona czarna owca Hollywood, Mel Gibson, znowu postanowił nakręcić film o bólu, cierpieniu i przemocy, który pomimo swojej najwyższej kategorii wiekowej ma szansę na rekomendację z ołtarza niejednej ambony. Przełęcz ocalonych to film łączący w sobie pochwałę pacyfizmu i fascynację brutalnością wojny.

Bohater filmu jest postacią autentyczną. Adwentysta dnia siódmego Desmond Doss był pierwszym w historii Stanów Zjednoczonych obdżektorem, czyli osobą odmawiającą walki i noszenia broni z powodów religijnych, którego odznaczono Honorowym Orderem Kongresu. Służył w Medycznym Korpusie 307 Pułku, 77 Dywizji Piechoty w stopniu starszego szeregowca, pragnąc spełnić patriotyczny obowiązek, zachowując jednocześnie wierność swoim przekonaniom.

Fabuła filmu, która rozpoczyna się w Blue Ridge Mountains w stanie Virginia w 1929 roku i kończy bitwą o Okinawę 16 lat później, podzielona została na trzy bardzo dobrze przemyślane części. W pierwszej poznajemy dom rodzinny Desmonda, a następnie wraz uroczą pielęgniarką Dorothy (Teresa Palmer), zaczynamy żywić do niego coraz cieplejsze uczucia. W drugiej kibicujemy bohaterowi w walce ze skostniałym wojskowym regulaminem. W trzeciej zaś możemy czerpać płytką, lecz moralnie znaczącą satysfakcję z obserwacji, jak niestrudzony bohater ratuje kolegów z piekła wojny, błagając Boga, by pomógł wynieść jeszcze jednego rannego. Wówczas utwierdzamy się w naszej opinii co do Dossa.

Już pierwsze kadry filmu przygotowują nas na obrazy, jakie Gibson zaserwuje w drugiej godzinie, poprzez płonące trupy i rozrywane wybuchami ludzkie szczątki, ukazane z niemal religijnym pietyzmem w technice slow motion. Po chwili napięcie wyhamowuje, pole bitwy ustępuje miejsca zielonym krainom Virginii, gdzie bohater dorasta wraz z bratem w pozornie sielankowym otoczeniu. W jego życie wkrada się przemoc – zarówno ze strony pogrążonego w alkoholizmie i depresji ojca Toma (Hugo Weaving), który nigdy nie poradził sobie z koszmarem Wielkiej Wojny, jak i ze swojej strony, kiedy nieomal zabija brata cegłą w niewinnej z pozoru bójce. Po tym wydarzeniu chłopiec podejmuje decyzję o całkowitym wyrzeczeniu się przemocy.

Kilkanaście scen później Desmond jest już uroczym, uśmiechniętym młodzieńcem, który właśnie się zakochał. Jego plany burzy wybuch wojny i choć mógłby otrzymać odroczenie służby z uwagi na swoją pracę, chce się zaciągnąć. Po kilku dość ckliwych scenach jesteśmy ciekawi konfrontacji wyobrażeń bohatera o służbie z brutalną rzeczywistością, a tymczasem Gibson serwuje nam chyba wszystkie klisze, jakie zna historia kina wojennego. Oto mamy młodego żołnierza, który zaleca się do ślicznej pielęgniarki, ich pierwsze niewinne spotkania, pierwszy pocałunek, rozmowę z ojcem o wstąpieniu do armii, wreszcie wojskowe koszary i rekrutów tworzących miszmasz osobowości, środowisk i postaw.

Doss przeżywa przykre chwile już w trakcie szkolenia, gdy przyznaje się do swoich poglądów i jest za to szykanowany. Bity i wtrącony do więzienia próbuje pozostać wierny ideałom, chcąc równocześnie udowodnić, że nie jest tchórzem. Wchodzi w konflikt ze swoim dowódcą (Sam Worthington) i staje przed sądem wojskowym, który po wielu perturbacjach dopuszcza go do udziału w bitwie, uzbrojonego wyłącznie w Pismo Święte. Dopiero wówczas bohater może udowodnić, z jakiej gliny ulepił go Stwórca.

Gra aktorska ginie nieco wśród krwawej rzezi, choć wcielający się w głównego bohatera Andrew Garfield z nieco nieobecnym grymasem na twarzy z pewnością wkłada w swą postać całe serce. Jego Doss jest nieugiętym bastionem wiary i człowieczeństwa, choć początkowo nieco głupkowate miny i gesty mogą drażnić, zbyt mocno przywodząc na myśl granego przez Toma Hanksa Forresta Gumpa. Na uwagę zasługuje także Vince Vaughn, zresztą jedyny Amerykanin w obsadzie, który swoją świetną kreacją sierżanta Howella przemyca sporą dawkę humoru, wyraźnie inspirując się kultową kreacją Ronalda Lee Ermeya z Full Metal Jacket.

Nietrudno wyobrazić sobie, jak Przełęcz ocalonych mogłaby wyglądać, gdyby nakręcono ją przed sześćdziesięciu laty. Prawdopodobnie na niewiele różniącym się od współczesnego plakacie znalazłby się wzniosły slogan w rodzaju: „Nazywali go tchórzem, lecz on okazał się z nich najodważniejszy!” Jednego możemy być pewni – zabrakłoby krwawej i pełnej przemocy wizji Gibsona. To dzięki niej sekwencje bitewne w filmie są fenomenalnie plastyczne, a tempo akcji zapiera dech w piersi, dając żywy obraz wojennego piekła. Wraz z montażystą Johnem Gilbertem i operatorem Simonem Dugganem Gibson stworzył jedne z najbardziej ekscytujących i zapadających w pamięć sekwencji bitewnych we współczesnym kinie. Straszliwy krajobraz ich autorstwa jest prawdziwym majstersztykiem, a pozorny chaos bitwy pozostaje pod pełną kontrolą. Tempo chwilami zwalnia, by dać nam oddech, a bohaterowie znajdują się dokładnie tam, gdzie powinni być w danej chwili. Reżyser, podobnie jak w innych swoich produkcjach, serwuje nam spektakl złożony z rozwleczonych wnętrzności, latających kończyn, szczurów i robaków żerujących na trupach, a nawet scen używania oderwanego korpusu kolegi jako tarczy przeciwko kulom. Uwiecznia na ekranie najbardziej brutalne i krwawe sceny od czasu Bravehearta oraz początkowych sekwencji Szeregowca Ryana Stevena Spielberga. A wszystko po to, aby widz mógł głębiej zrozumieć ideały głównego bohatera, które kierują go w piekło bitwy uzbrojnego jedynie w wiarę. Gibson sprytnie gra na emocjach religijnej publiczności, nie skąpiąc biblijnego symbolizmu – jak w scenie z Dossem unoszącym się ku niebu, patrzącym na swoje poranione dłonie niczym na bitewne stygmaty, czy obmywanym w promieniach słońca z brudu i krwi niemalże w akcie powtórnego chrztu i odrodzenia.

Krytycy ogłosili już Przełęcz ocalonych wielkim powrotem Gibsona. Czy film można także uznaćza jego pokutę? Wydaje się, że przynajmniej po części tak. Gibson z pewnością nieprzypadkowo wybrał historię o człowieku cechującym się godną podziwu postawą moralną, przy którym ma szansę samemu wkroczyć do piekła, odbyć swoją karę i powrócić oczyszczonym. Co ważniejsze, religijno-patriotyczna wymowa filmu z pewnością przyciągnie do kin widzów identyfikujących się z wartościami wyznawanymi przez Dossa. Inni przyjdą popatrzeć na fenomenalnie ukazane piekło wojny. A przecież Przełęcz ocalonych to przede wszystkim film o rodzinie, miłości, sile charakteru i przebaczeniu – wartościach, które wojna wystawia na próbę. I ze względu na to warto go obejrzeć.

Korekta: Aleksandra Wierzbińska

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus