"Letni" letni przebój

plakat filmu "Letni" letni przebój

Zaplanowany jako letni przebój Hancock to próba demitologizacji komiksowej i ekranowej postaci superbohatera. Niestety wydaje się, iż w starciu z wszechobecnym mitem, twórcy filmu odnieśli co najwyżej remis.

Hancock to heros PRAWIE podręcznikowy. Walczy ze złem, ma nadludzką siłę, lata, nie imają się go pociski, a z każdej opresji wychodzi praktycznie bez szwanku. „Prawie” robi jednak wielką różnicę. Hancock nie jest bowiem wolny o typowo ludzkich słabości. Poranek zaczyna od wypicia butelki whisky, jego podniebne akrobacje przypominają pijackie obijanie się o stojące na drodze latarnie, a lądowania mają w sobie urok i moc spadającego meteorytu. Z tym wszystkim doskonale koresponduje język, jakim posługuje się nasz bohater. To nie salonowa angielszczyzna lecz pełnokrwista mowa kolorowych przedmieść Los Angeles.

To nieokrzesanie powoduje iż, miast być uwielbianym przez zwykłych obywateli, Hancock ma w LA mniej sympatyków niż Wojciech Wierzejski w Warszawie (gdy ubiegał się o urząd Prezydenta Miasta). Pewnego dnia jednak Hancock ratuje z opresji dobrodusznego specjalistę od public relations. Ten z wdzięczności postanawia pomóc mu w zmianie wizerunku i zdobyciu uznania należnego superbohaterowi.

W tym miejscu niestety kończy się to, co w dużej mierze decyduje o atrakcyjności filmu. Nasz bohater ewoluuje bowiem w stronę „politycznie poprawnego” gogusia w lateksie. Przychodzi mu to bez specjalnej trudności, a wcześniejsza postawa okazuje się być zwykłą fasadą, z istnienia której nic nie wynika. I tak, po dokonaniu na komedii aktu kastracji, film przechodzi w dramat związany z przekleństwem, które jest towarzyszem życia wielu superherosów – długowiecznością. Niestety wątek ten (jak i pochodzenie Hancocka oraz jego wcześniejsze losy) nie zostaje w żaden sposób pogłębiony, a fabuła dryfuje obszary romantyczne, a następnie grzęźnie w banale. Wynika on po części z faktu, iż w scenariuszu zabrało miejsca na superzłoczyńcę – postać o wyrazistym charakterze, która stworzyłaby kontrapunkt mogący „ożywić” ekranową fabułę. Twórcom nie starczyło także odwagi, by z wymyślonych przez siebie wątków, wysnuć autentyczny dramat człowieka mierzącego się z z ograniczeniami wynikającymi z własnej wyjątkowości.

I nie rekompensują tego dowcipy, z których część być może wejdzie nawet do języka potocznego; dość ciekawe sceny akcji, ani też kilka zaskakujących rozwiązań fabularnych. Finał bowiem rozczarowuje. A wypływający zeń morał o potrzebie zaakceptowania swojego przeznaczenia jest płaski jak stół do bilarda.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus