Recenzja filmu "Hercules"

Zapewne większość z Was zna postać rzymskiego herosa, syna śmiertelniczki i boga – Herkulesa, zwanego również Heraklesem, który zasłynął wykonaniem dwunastu ciężkich i niebezpiecznych prac, by odkupić popełnioną zbrodnię. I tak zabił lwa nemejskiego, zgładził hydrę lernejską, schwytał łanię kerynejską, upolował dzika erymantejskiego, wytępił ptaki stymfalijskie, oczyścił stajnie Augiasza, ujarzmił byka kreteńskiego, uprowadził rumaki Diomedesa i woły Geryona, zdobył pas Hippolity, przyniósł jabłka z ogrodu Hesperyd oraz porwał Cerbera. O przygodach i zmaganiach pół-człowieka pół-boga traktowało wiele produkcji, zarówno kinowych jak i telewizyjnych. Wystarczy wspomnieć choćby seriale Młody Herkules z Ryanem Goslingiem i Herkules z Kevinem Sorbo czy film  z Arnoldem Schwarzeneggerem pod tytułem Herkules w Nowym Jorku.

Prawdziwe odrodzenie mitu o bohaterze nastąpiło jednak dopiero w tym roku, kiedy na ekranach pojawiły się dwie produkcje opowiadające o dziejach nieustraszonego herosa. Pierwszą z nich jest Legenda Herkulesa – dzieło o raczej wątpliwej jakości, które stanowi swego rodzaju wariację na temat mitów o synu boga piorunów, a rola protagonisty przypadła w udziale Kellanowi Lutzowi. Drugą jest natomiast produkcja w reżyserii Bretta Ratnera. Każda z tych tegorocznych premier poszła zupełnie inną ścieżką, jednak to właśnie dzieło z Dwayne’em Johnsonem w roli głównej okazało się ciekawsze i bardziej dopracowane.

Herkules stracił wszystko – swoich bliskich, dom, w którym czuł się bezpiecznie, szacunek w oczach poddanych króla Eurysteusza. Zmuszony do opuszczenia bezpiecznej przystani, postanawia zostać najemnikiem. Wraz z towarzyszami broni i obdarzonym darem oratorskim chrześniakiem Jolaosem, wynajmuje swoje usługi możnym i bogatym, którzy, znając dokonania Herkulesa, chętnie korzystają z jego usług. Po wypełnieniu kolejnego powierzonego zadania, heros poznaje Ergenię. Kobieta przybywa do niego, ponieważ pragnie pomóc swojemu ojcu  w walce z wojownikami napadającymi ziemie króla Tracji. W tym celu składa Herkulesowi propozycję nie do odrzucenia – jeżeli ten pomoże jej i jej ojcu wyszkolić armię oraz pozbyć się najeźdźców, wtedy otrzyma sowitą zapłatę, czyli tyle złota, ile sam waży. Heros, nie namyślając się długo, podejmuje się zadania. Nie wie jednak, że Ergenia nie odkryła przed nim całej prawdy.

W najnowszym filmie o przygodach herosa widz poznaje inne oblicze tego pół-boga, pół-człowieka. Herkules nadal wykorzystuje swoją siłę i umiejętności, jednak nie kierują nim etyczne pobudki. Chce po prostu zdobyć odpowiednią ilość złota, by móc w spokoju dożyć sędziwego wieku. Po śmierci swoich bliskich traci motywację, noc w noc rozpamiętuje minione wydarzenia, pragnąc dowiedzieć się, kto odpowiada za ich agonię. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze utrata wiary – protagonista przestaje postrzegać siebie jako herosa, nie wierzy w swoje umiejętności. W pewnym momencie Herkules jawi się jako stary wojownik, zmęczony życiem, rzucający się w wir walki, by zagłuszyć odczuwany ból.

W swoim dziele Brett Ratner pokazuje, czym tak naprawdę są mity i jak wygląda bohaterstwo. Okazuje się bowiem, że dwanaście prac, dzięki którym imię Herkulesa stało się słynne oraz cała magiczna otoczka je spowijająca, to tak naprawdę jedna wielka farsa. Bohater jest wprawdzie silny i odważny, wielokrotnie podkreśla się również jego boskie pochodzenie, jednak nie zyskałby tak wielkiej sławy, gdyby nie pomoc przyjaciół. Reżyser stara się udowodnić, iż nie wszystko jest takie, jakie nam się wydaje. Podkreśla, że nie trzeba być herosem posiadającym nadprzyrodzone moce, by zostać prawdziwym bohaterem.

I właśnie ci bohaterowie, czyli towarzysze broni Herkulesa, są najjaśniejszym punktem opowiadanej historii. Każda z postaci posiada swoją własną, choć niestety nie do końca wykorzystaną i pokazaną, historię. Bohaterowie filmu nie są nieustraszonymi wojownikami. Owszem, posiadają pewne przydatne na polu walki umiejętności jak choćby spryt, siłę i precyzję, jednak nie okazują się niepokonanymi herosami, każda postać dźwiga swój własny bagaż doświadczeń.

Grupa Herkulesa stanowi swego rodzaju tygiel różnych charakterów. Amfiaros, potrafiący odczytać przyszłość (oczywiście o ile bogowie mu na to pozwolą), pół-dziki, ale lojalny Tydeus, wojownicza Amazonka Atalanta, która posiada nie tylko ostre groty, ale i język, Autolykos, świetny nożownik i oddany przyjaciel Herkulesa oraz Jolaos, bohater wojujący słowem. Każda z tych person wnosi do życia herosa coś innego, w odmienny sposób wpływa również na odbiór produkcji. Zestawienie i połączenie ze sobą takich charakterów powoduje, iż film dosłownie ocieka humorem – zarówno słownym, postaci, jak i sytuacyjnym. Dzięki takiemu wachlarzowi osobowości, niedopracowania fabularne odchodzą w zapomnienie.

Hercules nie należy do najlepszych produkcji opartych na mitologii greckiej czy rzymskiej. Warto jednak poświęcić czas, by zapoznać się z tą wizją przygód wykonawcy dwunastu prac. Jest to o wiele lepsza produkcja niż Legenda Herkulesa, w której twórcy bardzo daleko odeszli od historii znanej z mitów. Film Ratnera okazuje się ciekawszy, dopracowany, a do tego przedstawia ludzką stronę herosa, nie umieszcza go na piedestale - reżyser woli skupić się właśnie na ludzkim pierwiastku, a nie na boskiej sile Herkulesa. Dzięki temu bohater staje się bliższy widzowi.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus