Ersatz kina - recenzja filmu "Hiszpanka"

Hiszpanka rodziła się w bólach przez ponad trzy lata. Pomysł stworzenia filmu historycznego z elementami fantastyki wydawał się świeży i interesujący. Dość już mamy obrazów martyrologicznych, opowiadających o dziejach Polski na kolanach. Za mało jest rodzimego kina gatunkowego, traktującego podręcznikową historię jako pretekst dla ciekawej opowieści. Nad produkcjami tego typu wciąż krąży widmo nieudanego Hansa Klossa. Stawki większej niż śmierć. Łukasz Barczyk udowodnił jednak, że może być gorzej - stworzył wyrób filmopodobny, w którym brak sensowej fabuły spotyka się z drętwymi dialogami i kuriozalnym aktorstwem.

Miłośnicy fantastyki liczyli na wysokobudżetową historię alternatywną, quasi-steampunkową opowieść o pojedynku spirytystów toczącym się za kulisami walk o niepodległość Polski. Fascynaci historii mieli nadzieję, że film w ciekawy sposób zaprezentuje dzieje powstania wielkopolskiego, a elementy fikcyjne nie będą przesłaniać faktów. Niestety, zawiedli się i jedni, i drudzy. Spełniły się najczarniejsze wizje malkontentów, którzy od początku wróżyli artystyczną i finansową katastrofę.

Hiszpanka opowiada o planowanym przez pruskie dowództwo zamachu na zmierzającego do Poznania Ignacego Paderewskiego (zmierzającego w jakim celu? Tego trzeba dowiedzieć się już z pozafilmowych źródeł, bo autor nie stara się przybliżyć widzom historycznego kontekstu fabuły). Tajnym orężem Niemców jest posiadający parapsychiczne zdolności doktor Manfred Abuse (Crispin Glover), który zamierza wywołać u pianisty objawy tytułowej hiszpańskiej grypy. Jego plany pokrzyżować mają członkowie Towarzystwa Teozoficznego. W skład zespołu spirytystów wchodzą… i tu zaczynają się schody. Grupa bohaterów została przedstawiona tak pobieżnie, że przez większość seansu widz zachodzi w głowę, nie tylko jaka jest ich motywacja i rola w całym planie, ale również jakiej są narodowości i jak się nazywają.

Trudno powiedzieć, kto tak naprawdę jest głównym bohaterem filmu Barczyka. Koszmarny plakat, jaki zaserwował nam dystrybutor, wskazuje na Krystiana Ceglarskiego, lecz postać ta przez większość czasu ekranowego wyłącznie snuje się z miejsca na miejsce. Pozbawiony osobowości młodzieniec zdaje się być jedynie pretekstem do wprowadzenia wątku miłosnego, a jego funkcja w drużynie teozofów ogranicza się do wyciągania pieniędzy od bogatego ojca, poznańskiego przemysłowca (cóż za subtelne nawiązanie do Hipolita Cegielskiego, czapki z głów!). Rola Jakuba Gierszała jest zdecydowanie najgorszą w dotychczasowej karierze młodego aktora.

Na ekranie najczęściej towarzyszy mu Patrycja Ziółkowska, która deklamuje swe wątpliwej jakości kwestie, wodząc oczami po ścianach i suficie. Wanda Rostowska w jej wykonaniu jest postacią sztuczną, nieprzekonującą i przesadnie teatralną. Podobnie sprawa ma się z panią Malicką odgrywaną przez Sandrę Korzeniak. Postać, która w założeniu miała być chyba zmanierowana i snobistyczna, duka, przesadnie akcentując swoje kwestie, jakby odczytywała je z najwyższym trudem z kartki znajdującej się poza kadrem. Kolejnym członkiem grupy jest pułkownik Pniewski, w całym filmie wypowiadający około czterech kwestii (z czego dwie to "Feuer!"). Jest żołnierzem i Polakiem - głębsza motywacja jego działań najwyraźniej nie była potrzebna. Twórca nie podzielił się z widzami również informacją, dlaczego na sprawie polskiej tak zależy Francuzce Anne Besaint (Florence Thomassin) oraz niewiadomej narodowości spirytyście granemu przez Bruce'a Glovera (Internet twierdzi, że bohater nazywa się Kubryk). Swoją drogą, spośród wszystkich członków "małej grupy telepatów", jedynie ta dwójka ma nadprzyrodzone zdolności.

Chociaż wynajęty przez protagonistów Rudolf Funk (Artur Krajewski) został przedstawiony ciekawiej, wciąż nie można tu mówić o rozbudowanej postaci. Widz dowiaduje się, że tajemniczemu medium o zdeformowanej twarzy zależy jedynie na zarobku - i tyle. Próżno szukać w filmie rozwinięcia uwagi o tym, że "gdy przyszła niepodległość, wywiesił czarną flagę", wyjaśnienia jego powiązań z Paderewskim, czy tego, że pada ofiarą przemocy, choć "trudniej go kupić niż zabić".

Psychopatyczny Abuse jest niekonsekwentnie skonstruowanym szwarccharakterem. Początkowo zdaje się działać wyłącznie dla pieniędzy, później jednak rezygnuje ze sporej sumy tylko po to, by zastrzelić przypadkową osobę. Współpraca doktora z armią nie ma kompletnie żadnego uzasadnienia. Prusacy nie są mu do niczego potrzebni, a on nie zachowuje się wobec nich lojalnie i nie daje się kontrolować. Żeby tego było mało, kreacja Crispina Glovera jest skrajnie groteskowa, a momentami wręcz żenująca. Podobnie jak inni dobrzy aktorzy, Piotr Głowacki czy Jan Peszek, został on zmuszony do pozbawionej jakiejkolwiek subtelności gry na poziomie telewizyjnych reklam. Cóż - jaki pan, taki kram.

Fabuła Hiszpanki nie prezentuje się lepiej. Scenariusz Barczyka jest dziurawy i nielogiczny, narracja poszatkowana i mało klarowna, a intryga kompletnie się nie klei. Montaż nie ułatwia widzowi zadania. Budowanie napięcia w tym niby-thrillerze kompletnie nie istnieje, a opowieść skacze od postaci do postaci, z miejsca na miejsce, przyprawiając o zawrót głowy bardziej, niż scena z wirującym stolikiem w roli głównej. Trzeba by nie lada telepaty, by odgadnąć, na czym polegał zamysł autora.

Chciałoby się napisać, że scenografia i efekty specjalne (tak długo przez twórców "dopracowywane") stoją na wysokim poziomie, dzięki czemu chociaż oprawę graficzną filmu można uznać za jego zaletę. Niestety, ciasne kadry ograniczone ścianami kamienic i wąskimi uliczkami, nie pozwalają poczuć klimatu epoki. Nieliczne szersze plany, choć ładne, pojawiają się na dosłownie kilkanaście sekund. Z kolei komputerowo wygenerowane plenery zwykle rażą swoją sztucznością. Zaledwie kilka z nich prezentuje się dobrze.

Dzieło Łukasza Barczyka zawodzi na absolutnie wszystkich frontach. Kiepska reżyseria, fatalnie poprowadzeni (skądinąd dobrzy) aktorzy, beznadziejna narracja, zagmatwana historia i brak wyrazistych postaci to główne, ale nie jedyne wady tego potworka. Pewną wskazówką dotyczącą przyczyn tego stanu rzeczy może być osoba jego głównego twórcy, który w iście renesansowym duchu zajął się nie tylko napisaniem scenariusza i reżyserią, ale również produkcją i montażem. Aż dziw bierze, że Barczyk nie pokusił się o zagranie we własnym dziele głównej roli. Cóż, może sam nie był przekonany co do tego, który z bohaterów jego opowieści jest właściwym protagonistą?

Data premiery obrazu była wielokrotnie zmieniana. Początkowo ze względu na dokonywane poprawki, później z powodu innych tytułów, które wchodziły na ekrany polskich kin. I trudno się dziwić - Hiszpanka nie miałaby szans w starciu z Miastem '44. Filmowi Jana Komasy można wiele zarzucić, jednak w jego przypadku łatwo dostrzec, jak spożytkowano fundusze. Łukasz Barczyk pozostawia widzów z powracającym niczym jo-jo protagonisty pytaniem: na co wydano te pieniądze?!

Hiszpanka to przykład zmarnowanego potencjału i wyrzuconych w błoto dotacji. To kinematograficzny ersatz, który obraża inteligencję odbiorców oraz ich elementarne poczucie estetyki. Niedoświadczony twórca cynicznie wykorzystał publiczne pieniądze, by zaspokoić swoje ego, jednocześnie nie dając publiczności nic w zamian. Zabawił się kosztem instytucji, które sfinansowały ten koszmarek oraz widzów wyczekujących historycznej superprodukcji z powstaniem wielkopolskim w tle. Zgodnie ze sloganem promocyjnym, wizja Barczyka "przekracza granice wyobraźni". Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić gorsze kino.


blog comments powered by Disqus