17 lat podróży – recenzja wydania Blu-ray 3D filmu „Hobbit: Bitwa Pięciu Armii”

Autor: Mateusz Michałek
Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska
10 czerwca 2015

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii to zdecydowanie najważniejsza filmowa premiera 2014 roku. Produkcja Petera Jacksona wieńczy jego 17-letnią pracę na rzecz propagowania dzieł Tolkiena oraz realizacji marzeń jego fanów.  Bitwę należy zatem oceniać w perspektywie całej sagi, o czym może świadczyć  jej wydanie Blu-ray.

Krasnoludy odzyskują swoje królestwo i leżące w nim bogactwa. Muszą jednak ponieść konsekwencje obudzenia Smauga, który obrócił swój gniew przeciwko bezbronnym ludziom z położonego na jeziorze miasta Esgaroth. Zarażony smoczą chorobą Thorin (Richard Armitage), nowy Król spod Góry, poświęca więzi przyjaźni i własny honor w poszukiwaniu legendarnego Arcyklejnotu, sprowadzając na ludzi, krasnoludy i elfy wielką wojnę...

Peter Jackson niewątpliwie cierpi na "chorobę George’a Lucasa". Autor Gwiezdnych wojen, kręcąc nową trylogię, ewidentnie kopiował schematy, narracje oraz wątki fabularne z pierwszych trzech filmów. Dodatkowo na każdym kroku popadał w megalomanię, przez co wszystko, co działo się na ekranie, musiało być "na siłę" ciekawsze, zabawniejsze, a przede wszystkim efektowniejsze. Podobnie jest z Jacksonem, który nie rozwinął się od czasów Władcy.

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii traci przede wszystkim na podziale produkcji na trzy filmy. Jackson nie potrafi umiejętnie zamknąć niedostatków fabularnych, ponieważ wykorzystał już większość wątków w poprzednich odsłonach. Reżyser zatem do znudzenia wydłuża kluczowe sekwencje oraz umieszcza w filmie mnóstwo niepotrzebnych scen (z powodzeniem mogłyby trafić tylko do wydania DVD), które z założenia mają decydować o widowiskowości produkcji, jednak w rzeczywistości stanowią o pewnej przesadzie artystycznej. Bitwie wyraźnie zabrakło również stopniowego budowania napięcia, przez co wydarzenia rozgrywające się na ekranie, choć interesujące, to jednak prowadzone są raczej w jednakowym, stałym tempie.

Peter Jackson odsłania w nowym Hobbicie wszystkie karty, prezentując widzowi to, co potrafi, a także wszelkie nowinki techniczne i pełną gamę zapierających dech w piersiach efektów specjalnych. Sceny walk, zwłaszcza w wykonaniu Legolasa, są jednym z najmocniejszych atutów produkcji, choć, pomimo niezwykłej widowiskowości, rażą brakiem pewnej wymaganej brutalności. Ograniczenia te należy jednak  tłumaczyć przez pryzmat obecności młodszych widzów, którym w najbliższym czasie zabronimy zapewne oglądać Kubusia Puchatka (bo nie nosi bielizny).

Jackson chwilami przesadza jednak z efektami specjalnymi, co jest widoczne przede wszystkim w ujęciach walk całych armii. Wszystko na ekranie jest zbyt sztuczne i ewidentnie wykreowane w komputerach speców od efektów. Twórcy zapomnieli o tym, że czasem warto zainwestować w statystów, aby zwiększyć realizm obrazu. Władca Pierścieni, choć wizualnie uboższy, prezentował się pod tym względem zdecydowanie korzystniej.

Niesamowite wrażenie na niemal każdym kolekcjonerze z pewnością, wywrze 4-płytowe wydanie Blu-ray oferowane przez polskiego dystrybutora. Galapagos zadbało o atrakcyjny wygląd samych płyt, ale również o wygodę potencjalnego, szczęśliwego posiadacza wydania Blu-ray, dzięki czemu wszystkie umieszczono w specjalnym rozkładanym boksie.

Zjawiskowo prezentuje się natomiast strona wizualna produkcji. Technologia HD doskonale oddaje rozmach tego filmu, który niemal każdą kliszą krzyczy do widza: ”To niesamowite!”. Polski dystrybutor oferuje również fanom specjalną wersję 3D obrazu Jacksona,  dlatego nawet w domowym zaciszu będziemy mogli nacieszyć się magią trójwymiarowych sekwencji.

Na uwagę zasługuje całkowicie niezrozumiały brak polskiego menu, które współcześnie uchodzi za pewien standard na rynku. Nie powinno to jednak nikomu sprawić problemów, gdyż do obsługi wymagana jest wyłącznie pobieżna znajomość języka angielskiego, która pozwoli nam wybrać jedną z dostępnych wersji językowych (w przypadku polskiej są to napisy bądź dubbing).

Pierwszy z dodatków, Nowa Zelandia: Dom Śródziemia Część 3, w ciekawy sposób przedstawia majestatycznym krajobraz kraju. W czasie seansu będziemy przecierać oczy ze zdziwienia, jak wiele plenerów zaprezentowanych w obrazie jest prawdziwych – ”tak pięknych, że widzowie pomyślą, iż to efekty specjalne”. Nadzwyczaj interesująco ukazano również budowę scenografii.

Dystrybutor przygotował także dla widzów specjalną płytę z dodatkami, na której znajdziemy dokumenty Rekrutacja Pięciu Armii, Ukończenie Śródziemia, Ostatnie pożegnanie oraz zwiastuny. Pierwszy z filmików to typowa kuchnia filmowa, pokazujaca pracę statystów na planie. Fani będą zaskoczeni, gdy dowiedzą się, jak wielką pracę wykonują ludzie stanowiący wyłącznie tło dla głównych bohaterów oraz na jakie grupy dzielimy statystów.

Niezwykle atrakcyjnie przedstawiona została 17-letnia praca Petera Jacksona na planie ekranizacji dzieł Tolkiena. Twórcy ekranizacji dzieł legendarnego pisarza opowiadają o specyficznym przenikaniu się filmów z trylogii Hobbita i Władcy Pierścieni, powiązaniu wątków oraz wzajemnych inspiracjach. Kolejny z dokumentów prezentuje natomiast długą drogę ekipy filmowej do zwieńczenia swojej pracy oraz wpływ zmieniającej się technologii na obrazy Jacksona.

Zdecydowanie najsłabszym elementem wśrod dodatków jest segment poświęcony finałowej piosence, która z założenia miała oddać klimat wielu lata pracy ekipy filmowej na planie oraz stanowić pewną nić łączącą obie trylogie. Jedynym ciekawym aspektem jest tu informacja o miejscu powstania tekstu, w pewien sposób tłumacząca, dlaczego nagranie Boyda jest zdecydowanie gorsze od I see fire.

Warto odnotować, że na płycie znajdziemy również teledysk do Ostatniego pożegnania oraz zwiastuny do Bitwy i specjalnego, rozszerzonego wydania DVD/Blu –ray Pustkowia Smauga.

Jackson "dorżnął" swoje dziecko i częściowo zepsuł to, co z sukcesem budował przez 17 lat. Bitwę Pięciu Armii, podobnie jak wydanie Blu-ray, jednak warto pozytywnie ocenić w kontekście wielu lat pracy r nad twórczością Tolkiena. Hobbit to pozycja obowiązkowa w kolekcji każdego, szanującego się fana.



blog comments powered by Disqus