Recenzja filmu "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii"

Widzowie od lat czekali na dzień, w którym w kinach pojawi się Hobbit: Bitwa Pięciu Armii. Wielu z nich ze zniecierpliwieniem odliczało dni do premiery. Część fanów twierdziła nawet, że po seansie tego filmu, w gruncie rzeczy, mogą umierać, bo zobaczą już wszystko, na co w życiu czekali. Pozostaje jednak pytanie. Czy warto było czekać? Czy podzielenie produkcji na trzy filmy miało sens? Czy Hobbit dorównał wreszcie Władcy Pierścieni? Odpowiedzi mogą… rozczarować fanów ekranizacji Tolkiena.

Krasnoludy odzyskują swoje królestwo i leżące w nim bogactwa. Muszą jednak ponieść konsekwencje obudzenia Smauga, który obrócił swój gniew przeciwko bezbronnym ludziom z położonego na jeziorze miasta Esgaroth. Zarażony smoczą chorobą Thorin (Richard Armitage), nowy Król spod Góry, poświęca więzi przyjaźni i własny honor w poszukiwaniu legendarnego Arcyklejnotu, sprowadzając na ludzi, krasnoludy i elfy wielką wojnę...

Peter Jackson niewątpliwie cierpi na "chorobę George’a Lucasa". Autor Gwiezdnych wojen, kręcąc nową trylogię, ewidentnie kopiował schematy, narracje oraz wątki fabularne z pierwszych trzech filmów, dodatkowo na każdym kroku popadając w pewną megalomanię, przez co wszystko, co działo się na ekranie, musiało być "na siłę" ciekawsze, zabawniejsze, a przede wszystkim efektowniejsze. Podobnie jest z Jacksonem, który nie rozwinął się od czasów Władcy.

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii traci przede wszystkim na podziale produkcji na trzy filmy. Jackson nie potrafi umiejętnie zamknąć niedostatków fabularnych swojego obrazu, ponieważ wykorzystał już większość wątków w poprzednich odsłonach. Reżyser zatem do znudzenia wydłuża kluczowe sekwencje oraz umieszcza w filmie mnóstwo niepotrzebnych scen (z powodzeniem mogłyby trafić do wydania DVD), które z założenia mają decydować o widowiskowości produkcji, jednak w rzeczywistości stanowią o pewnej przesadzie artystycznej. Bitwie wyraźnie zabrakło również stopniowego budowania napięcia, przez co wydarzenia rozgrywające się na ekranie, choć interesujące, to jednak prowadzone są raczej w jednakowym, stałym tempie. Podobnie jest z dialogami, które momentami znacznie odbiegają od stylu wypowiedzi bohaterów powieści Tolkiena, zamiast tego przypominając nam przesłodzone lub zbyt prostackie odzywki rodem z popularnych seriali obyczajowych. Ewidentnie głównym problemem tej części Hobbita jest niedopracowany scenariusz, rażący bełkotliwą imitacją miłosnego trójkąta czy irytującym uproszczeniem motywacji bohaterów.

W filmie wyraźnie brakuje czasu na wytchnienie dla widza oraz momentów przybliżających motywację psychologiczną bohaterów. Wszystko na ekranie dzieje się za szybko, aby bliżej przyjrzeć się przemianie Thorina oraz postawom Thranduila i Barda (szczególnie elf przypomina polskiego posła walczącego o pieniądze na podróże). Jacksonowi, podobnie jak w filmach Baya, fabuła jest potrzebna do ekscytacji widza, dzięki czemu obraz z impetem prze do przodu, a sam twórca koncentruje się przede wszystkim na wizualnej stronie obrazu, jego rozmachu, polocie i akcji.  To wszystko sprawia, że choć Hobbit olśniewa przepychem , to jednak pozostawia po sobie pewien niedosyt.

Peter Jackson odsłania w nowym Hobbicie wszystkie karty, prezentując widzowi to, co potrafi, wszelkie nowinki techniczne i pełną gamę zapierających dech w piersiach efektów specjalnych. Każda scena olśniewa różnorodną i zdumiewającą scenografią, która zaskakuje każdego z oglądających niezwykłym przepychem i świeżością pomysłów. Świat przedstawiony w filmie jest brudny, mroczny i brzydki, dzięki czemu produkcja zyskuje posępny klimat. Nowi bohaterowie, orkowie, gobliny, nietoperze itp. dopracowani zostali z uderzającym pietyzmem, w związku z czym twórcy pokazują widzom rzeczy, których ci jeszcze w kinie nie widzieli. Szybki montaż oraz nowa technologia wyświetlanych na ekranie klatek sprawiają, że widz, szczególnie w kinie IMAX, czuje się, jakby był w centrum filmowych wydarzeń (choć warto odnotować, że na sali kinowej znalazły się osoby z zawrotami głowy z powodu sporego natężenia efektów).

Na uwagę zasługują spektakularne efekty specjalne, zachwycające  bitwy i niezapomniane pojedynki. Twórcy dwoją się i troją, aby w każdej kolejnej scenie przebić to, co widzieliśmy we Władcy. Wszystko w obrazie musi być efektowniejsze, jeszcze bardziej interesującej i heroiczne niż w poprzednich filmach. Sceny walk, zwłaszcza w wykonaniu Legolasa, są jednym z najmocniejszym atutów produkcji, choć, pomimo niezwykłej widowiskowości, rażą brakiem pewnej wymaganej brutalności. Ograniczenia te należy jednak  tłumaczyć przez pryzmat obecności młodszych odbiorców filmu, którym w najbliższym czasie zabronimy zapewne oglądać Kubusia Puchatka (bo nie nosi bielizny). Warto zauważyć, że wprowadzenie Legolasa było ostatecznie trafioną decyzją, ponieważ widz niecierpliwie wyczekuje każdej sceny z jego udziałem.

Jackson chwilami przesadza jednak z efektami specjalnymi, co jest widoczne przede wszystkim w ujęciach walk całych armii. Wszystko na ekranie jest zbyt sztuczne i ewidentnie wykreowane w komputerach speców od efektów. Twórcy zapomnieli o tym, że czasem warto zainwestować w statystów, aby zwiększyć realistyczność obrazu. Władca Pierścieni, choć wizualnie uboższy, prezentował się pod tym względem zdecydowanie korzystniej.  Pewnym problemem filmu jest również okazałe rozbudowanie finałowej bitwy, która pomimo zwrotów akcji i rozmachu momentami staje się zbyt rozwleczona. Szkoda, że twórcy tak szybko rezygnują ze zjawiskowej sceny ze Smaugiem, a koncentrują się głównie na budowaniu podwalin pod finał.

Na uwagę zasługuje doskonałe aktorstwo, przede wszystkim Martina Freeman grającego Bilba, który kradnie każdą scenę w filmie. Aktor  ma niezwykle mimiczną twarz, dzięki czemu jest w stanie wyrazić wszystkie emocje głównego bohatera, który w jednej scenie potrafi przejść od przygnębienia, aż po euforię. Bilbo jest zarazem maskotką, jak również głosem rozsądku swojego zespołu, dzięki czemu stanowi najważniejszy element obrazu.

Zespół Happysad śpiewał kiedyś: "A miało być tak pięknie, miało nie wiać w oczy nam…"Podobnie jest z Bitwą Pięciu Armii, na którą czekaliśmy od lat. Twórcy obiecali widzom coś nadzwyczajnego, czego nigdy nie zapomną, a tu "wiatr w oczy". Jackson "dorżnął" swoje dziecko i częściowo zepsuł to, co z sukcesem budował. Wszystko, co widzimy na ekranie, zachwyca formą, jednak rozczarowuje pod względem treści, narracji  i logiki fabularnej. Niemniej, pomimo swoich wad, Hobbit: Bitwa Pięciu Armii to pozycja obowiązkowa dla fanów twórczości Tolkiena i Jacksona.


blog comments powered by Disqus