Hermafrodyta

plakat filmu Hermafrodyta

Pośrodku obskurnego pomieszczenia stoi metalowe krzesełko, do którego przywiązana jest młoda Azjatka. Dziewczyna płacze, ślini się, wrzeszczy i w ogóle zachowuje się tak, jakby przedawkowała sajgonki. Powód jej histerii jest jednak nieco poważniejszy - połowa twarzy nieszczęśniczki została wypalona, a oko trzyma się jedynie na nerwie. Nie jest na szczęście sama - ma swojego rycerza w postaci gruboustego Amerykanina, który, czując powagę sytuacji, bierze do ręki nożyczki i odcina kłopotliwą gałkę. Z zakrwawionego oczodołu z ulgą tryska strumień białej ropy... W tym momencie przełykający beztrosko popcorn widz ma problem: zakrztusić się prażoną kukurydzą i zwymiotować? A może wybuchnąć rubasznym śmiechem? A co, jeśli istnieje Bramka nr 3 z wyjściem awaryjnym? Reżyser - niestety - nie podpowiada rozwiązania tego szekspirowskiego dylematu.

Wspomniany twórca to Eli Roth - zwolennik bezpruderyjnego, brutalnego podejścia do kina grozy, w dodatku protegowany Quentina Tarantino, który to własnym nazwiskiem, reputacją, pieniędzmi i Bóg wie czym jeszcze poręczył za jego najnowszy film Hostel. Jest to opowieść o trójce rozpasanych hedonistów zwiedzających Europę w poszukiwaniu cielesnych rozkoszy. W zamglonym od marihuanowego dymu Amsterdamie dostają cynk,że na całym kontynencie nie ma tak chętnych i głębokich gardeł jak na Słowacji. Nasi bohaterowie zwęszywszy możliwość darmowego i satysfakcjonującego seksu, wyruszają pociągiem do Bratysławy. Tam, jak to bywa w horrorach, czeka ich poprzedzona torturami śmierć.

Sztampa? A jakże. W dodatku niezręcznie nakręcona i opatrzona tekturowymi atrapami bohaterów. Przed natychmiastowym wyjściem z kina powstrzymuje jednak pamięć o Śmiertelnej gorączce - poprzednim filmie Rotha będącym pastiszem nastoletnich filmów grozy. Tam też całość zapowiadała się byle jak, ale pojawiające się z biegiem akcji postacie Lenonopodobnego policjanta - luzaka czy delirycznych wizji z Królikiem Bugsem w roli chirurga udowadniały, że jest to bylejakość świadoma i konsekwentna. Przecież od dowcipu nikt nie wymaga wielowątkowej fabuły i wyrazistych postaci. Z Hostelem nie jest jednak tak łatwo i widza zaczyna dręczyć będące koszmarem każdego maturzysty pytanie: "Co autor miał na myśli? Początek ma trochę komediowy charakter - ćpają, piją, lulki palą. Akcja jednak dość szybko poważnieje, gdzieś z Piły przybłąkały się tu nawet pseudosocjologiczne dywagacje . W takim tonie wszystko się też kończy, a widz ciagle nie wie, co jest grane. Hostel jako tradycjny horror to najzwyczajniej w świecie film słaby. Nastroju nie ma tu za grosz, podobnie jest z napięciem, a nieudolne zabiegi wprowadzenia go - jak na przykład obecność oklepanych motywów muzycznych - są tylko marnym pozoranctwem. Nawet przemoc jest tu nijaka i - pomimo swojej niezaprzeczalnej ekstremalności - nie potrafi wywołać pożądanej reakcji. Cały ten gordyjski węzeł nieporadności jednym prostym ruchem rozciąłby pastisz, którego jednak tutaj nie ma. A może jest? Takie wachania pewnie wypadają w połowie zabawnie a w połowie schizofrenicznie, ale tak właśnie się sprawy mają. Są tu jakieś przebłyski: jesteśmy świadkami groteskowej rozmowy z, podnieconym perspektywą dziewiczych totur, katem; pojawia się też garstka nawiązań do klasyki np. epizodyczna rola słynnego japońskiego ekstremisty Takeshi Miike. To jednak za mało, brakuje jasnej deklaracji odnośnie charakteru filmu. Możliwe, że Roth postąpił w myśl zasady "horrorowi świeczkę i komedii ogarek", ale w efekcie otrzymał filmowego hermafrodytę.

Pomimo dojmującej banalności i wtórności całego przedsięwzięcia jest coś, na co warto zwrócić uwagę, mianowicie wizja Słowacji. Prezentowany w Hostelu kraj naszych południowych sąsiadów to barbarzyńskie, wręcz pogańskie miejsce, pełne brudu, nędzy i psychopatycznych tubylców. Z rozpadających się uliczek wyzierają bandy uzbrojonych w kije baseballowe ośmiolatków, a opuszczone fabryki kryją przeróżne tajemnice. Taki obraz godzi pewnie w uczucia niejednego nacjonalisty, ale jest dość ciekawy z esetycznego i filmowego punktu widzenia. Jest w tym nawet coś z romantyzmu - nas fascynował niegdyś Orient, Zachód odkrywa teraz grozę w obcej im Słowiańszczyźnie. Drugą sprawą jest oczywiście to, że cała wizja jest na poziomie amerykańskiego nastolatka, pytającego z głupkowatą miną: "Czy w Polsce żyją niedźwiedzie polarne?".

Jedno jednak w tej całej aferze jest naprawdę przerażające. Eli Roth ma zamiar zekranizować najnowszą powieść Stephena Kinga: The Cell traktującą o ludziach zamienianych w zombie przez telefony komórkowe. To jeszcze nie koniec koszmaru, ambitny twórca zadeklarował również, że nie ma zamiaru trzymać się kurczowo książkowej fabuły i zrealizuje własną wizję. Biedny Król, rzadko miewał szczęście do ekranizacji...


blog comments powered by Disqus