"House of Cards" - recenzja 5 sezonu serialu

Domek się sypie

 

Po ostatnich sezonach fani House of Cards mogli czuć się rozczarowani. Akcja dłużyła się bez większego sensu, wątki były słabo dopracowane i naciągane. W sumie jedynym, co trzymało nas przy serialu, była ciągle świetnie odgrywana przez Kevina Spacey’a rola Franka Underwooda. Pojawił się też istotny problem fabularny – co innego jeszcze może osiągnąć nasz główny bohater, skoro dostał już w ręce swoje największe marzenie, a więc prezydenturę? Zatem czy poza rewelacyjnym – jak zwykle – Kevinem Spacey’em oraz pięknymi kadrami dostaniemy tym razem do kompletu porządną fabułę, która wciągnie nas bez reszty jak pierwszy sezon?

 

Piąty rozdział rozpoczyna się od nieformalnej wojny Stanów Zjednoczonych z ICO, czyli serialową wersją „naszego” ISIS. W tle tego konfliktu odbywają się wybory prezydenckie, w których głównymi kandydatami są: z ramienia Partii Demokratycznej Frank Underwood (Kevin Spacey) i przedstawiciel Republikanów Will Conway (Joel Kinnaman). W atmosferze ciągłego zagrożenia dużo łatwiej manipulować opinią publiczną i przez to wpływać na rozkład głosów. Chociaż Underwood musi mierzyć się z licznymi oskarżeniami, udaje mu się ciągle mieszać w polityce oraz wpływać na Kongres i Senat, by osiągać prywatne cele. Teraz nie tylko Frank musi iść po trupach, żeby zdobyć to, czego chce.

 

House of Cards stało się dużo bardziej mroczne i brutalne. Wyszło to serialowi na dobre, ponieważ jest dzięki temu prawdziwszy i nabrał ostrzejszego charakteru. Teraz naprawdę ciężko przewidzieć, kto zginie, a kto utrzyma się przy życiu. Historia jest też dużo cięższa i komplikuje się z odcinka na odcinek. Klimat wciąż budują świetnie skomponowane kadry, w których dominują chłodne kolory i zimna stylistyka. Serial po prostu dobrze się ogląda.

 

 

Aktorzy idealnie wcielają się w swoje role. Wcześniej wspominany Kevin Spacey oczywiście jak zawsze nie zawodzi, ale nie tylko on gra tutaj pierwsze skrzypce. Razem z nim na pierwszy plan weszła Robin Wright, która dotychczas aktorsko podbijała tylko tło. W piątym sezonie jej postać jest wielowymiarowa i nieprzewidywalna – często musi posunąć się do tych samych przestępstw co Frank. Bywają też momenty, kiedy pokazuje swoje emocje i prawdziwe uczucia, które dotychczas ukrywała nawet przed samą sobą. Bardzo dobrze spisują się też aktorzy drugoplanowi. Znajdziemy tu starych wyjadaczy, a więc stonowanego Michaela Kelly’ego jako Douga Stampera czy dynamicznego Joela Kinnamana w roli Willa Conwaya, ale też zupełnie nowe postaci, jak chociażby odgrywaną przez Patricię Clarkson intrygującą kobietę, która dużo może, ale wciąż pozostaje za kulisami wszystkich działań oraz Koreya Jacksona jako przyjemnego, ale sprytnego dziennikarza Seana Jeffriesa.

 

Fabuła tego sezonu toczy się bardzo szybko i poruszonych zostaje wiele różnych wątków. Część z nich jest wciągająca i zbudowana niezwykle wiarygodnie. Na wyróżnienie zasługuje tutaj walka Underwooda i Conwaya o fotel prezydencki. To nie tylko zawiłe spory konstytucyjne o prawidłowy przebieg wyborów, ale także świetnie pokazany destrukcyjny wpływ polityki na jednostki słabsze, do jakich okazał się należeć kandydat Republikanów. Zawiodą się jednakże fani wątku Thomasa Yatesa (Paul Sparks), który w piątym sezonie ani nie jest dobrze zagrany, ani specjalnie nie wciąga. Tak naprawdę wiele z postaci, które przewijają się w serialu mogłyby swobodnie zostać pominięte. Wplecenie wątku nowego dziennikarza Seana Jeffriesa, który docieka prawdy o morderstwie Zoe Barnes, zostało bardzo fajnie zagrane, ale było kompletnie zbędne jeśli chodzi o fabułę. Podobnie jest z postacią odgrywaną przez Patricię Clarkson, która pojawia się nagle i zostaje do końca sezonu, ale właściwie po co – nie wiem. Ktokolwiek inny mógłby przedstawiać nam informacje, które ona prezentowała. Niepotrzebne wątki przeplatają się stale z intrygującymi, ale jednocześnie wszystkie są utrzymane w zawrotnym tempie. Zatem na pewno ten sezon nas nie znudzi, w przeciwieństwie do poprzednich dwóch. Warto zwrócić uwagę także na różne smaczki związane ze szczegółami wyborów i przekazywania władzy, takimi jak procedura przekazania kodów nuklearnych oraz postępowania w przypadku remisu. Ogromny plus dla twórców, że zwrócili uwagę na takie aspekty, dzięki czemu nie czujemy się zagubieni, nawet jeśli historia komplikuje się z odcinka na odcinek. W dużo większym wymiarze powraca do nas także przełamywanie czwartej ściany – Frank jest jednak tym razem raczej poważny niż zabawny. Cóż, sytuacja w Białym Domu nie pozwala już na dowcipkowanie.

 

Najnowszy sezon jest pełen zaskoczeń, od początku trzyma nas w napięciu, a ostatni odcinek wywołuje ciarki na plecach. Ogromne natężenie mroku powoduje, że powoli zaczniemy odwracać się od Franka Underwooda. House of Cards dotarło do granicy, w której mówimy naszemu głównemu bohaterowi – dość. Albo… zaczniemy kibicować komuś innemu, kto do nas przemówi z ekranu.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki

 

 


blog comments powered by Disqus