Miłość na wagę złota

plakat filmu Miłość na wagę złota

Nareszcie doczekaliśmy się dobrej, polskiej komedii romantycznej – wolnej od syndromu Magdy M., a zarazem lekkiej i inteligentnej. Tę kremówkę w wydaniu Juliusza Machulskiego można konsumować bez obaw, że odbije się posmakiem PRL-owskiego salcesonu.

Przeniesienie do czasów Bieruta, to spiritus movens akcji Ile waży koń trojański. Główna bohaterka, Zosia w dniu czterdziestych urodzin gorąco pragnie naprawić błędy młodości. A że świętuje w tajemniczym dniu milenijnego sylwestra 2000, jej życzenie się spełnia i oto budzi się u boku swego zdziadziałego do bólu, poprzedniego męża Darka. Reprezentuje on mężczyznę sukcesu doby komuny, czyli krętacza i „byznesmena”, a następnie prostaczkowego nuworysza w wolnej Polsce. Życie Zosi, kobiety kulturalnej i wrażliwej jest istnym koszmarem u boku tego nieoczytanego, po chłopsku sprytnego, ale mało inteligentnego nababa.

PRL, który towarzyszy miłosnym perypetiom, jest nadzwyczaj kolorowy. Szarzyzna i bieda zostały zredukowane do minimum. W komunie na różowo jedyną niedogodnością zdaje się być gorąca kawa podawana w szklankach i rekompensowanie sobie niskiej pozycji społecznej urzędniczą wyższością. Z urokiem uśmiechają się do widza, a to rozklekotany autobus, a to owłosiona damska paszka.

Na każdym kroku widać (wbrew oficjalnie obowiązującej świeckości i równouprawnieniu) głęboko zakorzeniony społeczny konserwatyzm. Zosia, wypisz wymaluj typowa reprezentantka współczesnej Polki, staje się przy okazji symbolem emancypacji – zostawia niewiernego męża, wnosi o rozwód i pozbawia go mieszkania. Jej przyjaciółka, która podobne historie toleruje bez mrugnięcia okiem, a tylko cichaczem popłakuje w poduszkę, jest w szoku – bo jak to być może, żeby kobieta dobrowolnie fundowała sobie ból rozstania i życie na własną rękę

Pęd, w który puszcza się Zosia, jest poszukiwaniem mężczyzny jej życia, którego owszem wie, że spotka, ale dopiero za osiem lat. Niestety – nie dość, że jest zajęty, to jeszcze na domiar złego nie wydaje się zainteresowany. Jednak i tym razem dobre moce dają o sobie znać i wesołe, nieskomplikowane przygody zakończą się happy endem.

Machulski serwuje nam obraz wysoce utopijny i naiwny – babcia zostaje wskrzeszona i z niezmienioną aparycją dogląda prawnuczki, Zosia w czterdzieste urodziny zachodzi w ciążę, jej córka kocha nowego tatę, który jest ucieleśnieniem wyobrażenia o porządnym, dobrym facecie, a były mąż nadużywa solarium i zostaje sprowadzony do roli pajaca. Nie trzeba jednak przypominać, że wcale nie podobieństwo do rzeczywistości liczy się w takich filmach. A jeśli dodać do tego odpowiednią oprawę muzyczną w postaci przebojów Maanamu, to otrzymujemy miły i krzepiący efekt końcowy.


blog comments powered by Disqus